Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smut. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smut. Pokaż wszystkie posty

16 lutego 2016

Diabelski Gościniec [LestatxNicolas]

Tytuł: Diabelski Gościniec
Postacie: Lestat de Lioncourt / Nicolas de Lenfent
Seria: Vampire Chronicles   Status: zakończone
Typ: one-shot   Gatunek: smut / slash / POV
Ostrzeżenia: scena seksu   Ilość słów: 3280
A/N: Opowiadanie przeleżało u mnie prawie rok, co pewnie widać po stylu pisania. Dla rozwiania wątpliwości dodam, że imię "Lestat" czyta się bez ostatniej litery. Z dedykacją dla mojego seme. <3



Nicolas. Jakże pięknym imieniem odznaczał się ten młodzieniec! Ilekroć podążałem spojrzeniem za jego sylwetką, myślałem tylko o jednym: piękno. Tak... to słowo doskonale określało jego osobę. Pasowało idealnie do tego żwawego młodzieńca, podkreślając samym swoim istnieniem wszystkie zalety, jakie ten posiadał. Wręcz promieniował pięknem-- chociaż nie, wróć. Piękno zostało wymyślone, aby określać takie osoby jak on. Nie mogłem się napatrzeć na jego kasztanowe włosy, na ciemnobrązowe oczy, smukłą, niemalże kobiecą sylwetkę oraz śnieżnobiałą cerę. Był idealny. Liczący dwadzieścia wiosen chłopaczek z bogatej rodziny. Co prawda nie był już młodzieńcem, ale z drugiej strony do mężczyzny również trochę mu brakowało. Kiedy tylko go zobaczyłem, od razu zapłonąłem gorącą miłością. Czułem się przy nim jak niewinny młodziak, który ledwo co pojął definicję tego uczucia. Zupełnie jakbym dopiero przy nim uczył się kochać. Owa miłość dotykała mnie za każdym razem, gdy słyszałem jego imię. Nicolas. Czyż nie było ono szlachetne, ale i niewinne zarazem? Zupełnie jak drapieżny ptak, trzymany w złotej klatce w obawie przed krzywdą ze strony kogoś innego. Jednak najbardziej kochałem, kiedy młodzieniec grał na skrzypcach. Gdy wyciągał instrument z futerału, pierw przejeżdżał smukłymi palcami po smyczku. Robił to za każdym razem, a przynajmniej zawsze, kiedy byłem przy tym obecny. Później i ja nabyłem tego nawyku, za każdym razem mając obraz chłopaka pod powiekami. Następnie Nicki miał w zwyczaju dostrajać swój instrument. Do dzisiaj pamiętam ten błysk w jego oczach, który towarzyszył muzykowi w chwili, gdy kładł skrzypce na ramieniu. Delikatnie, wręcz z przesadną czułością, jakby brał w ramiona swojego jedynego syna. Natomiast gdy grał... ach, były to doprawdy cudowne chwile! Świat wirował, czas stawał w miejscu, coś pięknego! Oniemiały słuchacz mógł odnosić wrażenie, jakby cały świat składał się tylko z tej niezwykłej dwójki, ze skrzypka i z jego instrumentu. Muzyka, jaką tworzył młodzieniec, zdawała się niezwykle drapieżna i dzika. Nicki grywał melodie smutne oraz melodie płaczliwe, ale na swój sposób również dzikie. I chociaż nuty, które wydostawały się spod jego smyczka, były przepełnione wieloma emocjami, na twarzy skrzypka nie w sposób było doszukiwać się czegokolwiek. Gdy grał również był piękny. Kochałem jego imię, kochałem jego wygląd, kochałem jego muzykę, a nawet sposób w jaki się poruszał czy oddychał. Kochałem też jego głos. Ileż to razy spędzaliśmy długie wieczory, a czasem nawet i całe noce, na pogawędkach w naszym hotelowym pokoju! Ileż wina wtedy wypijaliśmy! Szczególnie tego jednego wieczoru...
***
W samo południe razem z Nickim ćwiczyliśmy role do dzisiejszego spektaklu. Mały teatrzyk w Du Temple, w którym pracowaliśmy zaczął się piąć na wyżyny popularności równie szybko, jak nasze pozycje na scenie. Pomyśleć, że jeszcze miesiąc temu obaj nosiliśmy puder i peruki dla innych aktorów, a teraz sami stanowimy znaczącą część ich trupy! Wszystko przychodziło nam zadziwiająco łatwo od naszej decyzji o ucieczce do Francji. Wreszcie nadszedł dzień premiery. Stałem razem z Nicolasem za kulisami, czekając na tą szczególną chwilę, jaką było wyjście na scenę. Wszędzie było czuć zapach wosku oraz pudru i innych kosmetyków. Spojrzałem na mojego towarzysza z lekkim uśmiechem na ustach - oboje byliśmy w pełnych strojach oraz z ciężkimi perukami na głowach. Nasze twarze przykrywała gruba warstwa białego pudru, a oczy dodatkowo podkreślono nam węglem. Kochałem teatr. Kochałem teatr i wszystko, co ze sobą niósł. Był... w pewien sposób magiczny. Dzięki tej scenie, tej kurtynie i tej widowni, zapominałem kim jestem naprawdę. Raz grałem energicznego Merkucja, raz walecznego Adonisa, ale nigdy Lestat. Granie dla publiczności pozwalało mi odpocząć od jego postaci chociaż na chwilę. Gdy skończyłem o tym myśleć, do moich uszu dobiegł fragment scenariusza, zapowiadający nasze wejście na scenę. Postąpiłem krok na przód, rozpychając ciężką, czerwoną kurtynę - wyraźnie czułem jak szybko w tym momencie bije moje serce. Materiał powoli się rozsunął, a ja zobaczyłem tysiące ust, zamarłych w zachwycie, tysiące oczu, pochłaniających nasze wcielenia oraz tysiące rąk, które tylko czekają na moment, w którym będą mogły bić brawo i rzucać kwiaty na scenę. Nicolas szedł ze mną ramię w ramię. Brat przy bracie, dusza przy duszy, para aktorów i para kochanków. To byliśmy prawdziwi my. Moja gra aktorska i muzyka Nicolasa, mój śpiew i jego taniec. Idealnie się dopełnialiśmy. Można było nawet zaryzykować stwierdzeniem. że nie istnieliśmy bez siebie. Razem tworzyliśmy sztukę, ale osobno już nie. Zostaliśmy stworzeni... wręcz urodziliśmy się po to, aby tu i teraz stać na scenie i zabawiać publiczność całym sercem. Gdy sztuka dobiegła do ostatniego aktu, owacjom nie było końca. Panowie bili brawo na stojąco, panie wzruszone ocierały łzy jedwabnymi chusteczkami, na scenę sypały się potoki czerwonych róż i innych kwiatów. Byłem taki szczęśliwy, ściskając podekscytowaną rękę Nickiego! Później miał miejsce uroczysty bankiet na cześć autora spektaklu, jednak zaszczyt uczestnictwa w tej zabawie postanowiliśmy już sobie odpuścić. Szybko zrzuciliśmy z siebie aktorskie stroje oraz peruki i w samych koszulach pobiegliśmy w stronę pokoju, który organizator hotelu zaoferował nam na tę noc. Gdy przemierzaliśmy korytarz, nie obyło się bez zwrócenia na siebie uwagi. Z resztą jakiż człowiek nie obejrzał by się za dwójką młodzieńców, biegnących bez obuwia, z rozmazanym makijażem scenicznym oraz wyśpiewujących stare francuskie piosenki? Ganialiśmy się, byliśmy jak dzieciaki, uciekające z miejsca, w którym nabroiły. Ciągaliśmy się za włosy, zdzierając sobie gardła od śpiewu. Kosmyki Nickiego były takie przyjemne w dotyku... Idealnie wyglądały między moimi palcami. Do pokoju hotelowego wpadliśmy niczym jedenasta plaga egipska. Już w samym progu potknęliśmy się o dywan i runęliśmy na podłogę jak dłudzy, przy czym nasz śmiech od razu wypełnił pomieszczenie. Zachowywaliśmy się jak pijani, chociaż nasze wargi nie zaznały jeszcze cierpkiego wytrawnego wina, które stało na stoliku. Drzwi za nami zamknęły się z cichym skrzypnięciem, więżąc nasze śmiechy wewnątrz pokoju. Z tego, że leżymy na podłodze zdałem sobie sprawę dopiero po chwili. Zepchnąłem Nickiego z siebie, szybko stając na własnych nogach. Nasze oddechy były przyspieszone, nasze policzki rumiane, a nasze oczy lśniły niebezpiecznym blaskiem. Byliśmy młodzi, byliśmy piękni, zapadająca noc należała do nas. Pragnąc dalszych psot, niczym mały chłopiec pociągnąłem za błękitną wstążkę, która wiązała włosy Nicolasa. Brązowe loki bezwładnie opadły mu na ramiona, za to ich właściciel rzucił się za mną w pogoń, zanosząc się śmiechem. Uciekałem, machając wstążką prosto przed jego nosem. Potykałem się o własne nogi, skakałem po meblach, unikałem naszych bagaży, porozrzucanych na podłodze. Moje ciało samo odbierało sygnały, zachęcając do tej dziecięcej zabawy. Nie patrzyłem dokąd biegnę - poruszałem się niemalże instynktownie. Jednak w pewnej chwili moja czujność osłabła, a Nicki, wykorzystując tę nieuwagę, popchnął mnie w klatkę piersiową, łapiąc w tym samym czasie za końcówkę wstążki. Poleciałem do tyłu i chyba tylko siła boża sprawiła, że za moimi plecami stało hotelowe łoże. Kiedy dotknąłem plecami chłodnej satyny, na moje usta wdarł się zwycięski uśmiech. Do dzisiaj pamiętam jak zabawnie prezentowała się zdziwiona mina Nicolasa w chwili, gdy owinąłem  jego wstążkę wokół nadgarstka i pociągnąłem mocno w swoją stronę. Chłopak nie zdążył się zorientować co się dzieje, w rezultacie lądując prosto na mnie. I właśnie w tym momencie do mojej głowy wdarła się myśl tak szalona, że nadal przeszywa mnie przyjemny dreszcz na samo jej wspomnienie. A gdyby tak... 
- Nicki... potrafisz tańczyć?
- Cóż to za niedorzeczne pytanie, przecież zabawiam publiczność tańcem każdego wieczora od kilku już miesięcy.
- Ale ze mną jeszcze nie miałeś okazji zatańczyć, kochany. 
- Lestat, co ci znowu zaprząta ten nieodgadniony dla mnie umysł? 
Uśmiechnąłem się na widok jego reakcji. Wpatrywał się we mnie tak intensywnie, jakby samym spojrzeniem próbował wyciągnąć sens z moich słów. 
- Zapragnąłem pokazać ci rozrywki, jakimi od dawien dawna obdarzali swoje ciała starożytni Grecy i Rzymianie.  Mój chłopcze, czy chciałbyś zatańczyć ze mną na Diabelskim Gościńcu? Razem dotrzemy tam, gdzie nawet sam Szatan bał się dotrzeć. Odgadniemy wszystkie skrywane przez Niego tajemnice. 
- Lestat, dobrze wiesz, że nigdy nie rozumiałem słów, którymi mnie raczysz. Nie ważne jak magicznie będą brzmiały w twoich ustach, nie odgadnę treści, jaką ze sobą niosą. Ukochany mój, wyrażaj się jaśniej.
Mój ciepły śmiech wypełnił ściany naszego pokoju. Owszem, zwykłem czarować ludzi zaledwie mową, ale fakt, że Nicki nie zrozumiał tak jasnego przekazu doszczętnie mnie rozbawił. Zamiast trudzić się znalezieniem słów, które objaśnią chłopakowi mój plan, postanowiłem po prostu mu to pokazać. Dlatego też ująłem jego podbródek palcami i nie czekając na jakąkolwiek reakcję ze strony młodzieńca, połączyłem nasze usta w pocałunku. Pragnąłem, by z mojego czynu dało się odczytać pewność siebie, jednak do dzisiaj prześladuje mnie nikłe wrażenie, że na niewielki moment pozwoliłem niepewności zawładnąć moim ciałem. Prawdą było, iż sam do końca nie rozumiałem, co zamierzałem zrobić. Zdawałem sobie sprawę z tego, że ryzyko stracenia tak pięknego kwiatu, jakim był Nicolas, zdążyło zasiać ziarno strachu w moim sercu. Mimo tego nie zamierzałem się poddawać. Ja?! Lestat de Lioncourt? Pogromca Wilków? Lwie Serce? Ja się miałem... poddać? Chociaż targały mną przeróżne wątpliwości kwestii moralnych, jak i również te dotyczące naszych późniejszych relacji, nie chciałem się wycofywać. Nie po tym, jak przekonałem się o miękkości ust mojego przyjaciela. Nasz pocałunek nie trwał szczególnie długo, ale też nie był za krótki. Idealny, by rozpalić iskry w naszych sercach, jednocześnie uważając, by nie spaliły ich na szary popiół. Dlatego też po tej dokładnie wyważonej chwili, odsunąłem się od Nicolasa w celu dokładnego przyjrzenia się jego twarzy. Jak zwykle był piękny. Patrzył teraz na mnie z na wpół otwartymi ustami, zaróżowionymi policzkami i dużymi oczami, utkwionymi we mnie, jakby w geście zaskoczenia. Jego włosy były w lekkim nieładzie, co prawdopodobnie spowodowała nasza mała gonitwa po apartamencie. Mimo tego młodzieniec nadal pozostawał nieziemsko pięknym.
- A więc takiego tańca pragniesz, Lestat? Obawiam się, że ja jeszcze nie potrafię. Nie znam kroków tego tajemniczego układu, a strach przed rozczarowaniem twojej osoby potęguje we mnie wszystkie pozostałe uczucia.
Gdy wymawiał słowa, odniosłem wrażenie, że wypowiadał je z niebywałym bólem. To tylko uświadomiło mnie w fakcie, że niczego nie zepsułem tym pocałunkiem. Wręcz przeciwnie, rozbudziłem w skrzypku nowe nadzieje. Sprawiłem, że czuł się jak ptak, któremu uwolniono skrzydła, ale który nie potrafił jeszcze odlecieć. W jednej chwili zapragnąłem nauczyć to nieopierzone pisklę zdolności do lotu. Nie odpowiedziałem na jego słowa. Być może bałem się, że należący do mnie głos podąży za przejętym sercem i zdradzi wszystkie uczucia, które rozkwitały pod osłoną maski z pewności siebie. I chociaż zdusiłem w sobie słowa, moje ciało nadal było zdolne do ruchu. Uśmiechnąłem się ciepło do chłopaka, rozwiązując jednocześnie wstążkę od jego śnieżnobiałej koszuli. Biel. Nicolas jednako utożsamiał się z tym kolorem. Był równie czysty jak łza, która dopiero co przyozdobiła czyjś policzek. Czy dałbym radę oczernić to niewinne dziecko, unikając wyrzutów sumienia? Tego nie wiedziałem, jednak z chwilą, w której spojrzałem skrzypkowi w oczy, wszystkie wcześniejsze wątpliwości wydały mi się jedynie zwykłymi mrzonkami. Przecież to był absurd, czego ja się bałem?! Ja, który gościł w swoim łożu niejedną niewiastę i niejednego młodzieńca. Były czasy, kiedy jeszcze wstydziłem się swoich czynów, jednak mimo tego podobało mi się takie życie. Kierowany świeżo odzyskaną pewnością siebie, zdjąłem z Nicolasa koszulę, przez co chłopak pozostał w samej bieliźnie. Nieraz go takim widziałem, czasami nawet nasze stroje sceniczne nie składały się z niczego więcej, jednak w tej sytuacji taka świadomość rozbudzała we mnie nowe reakcje. Widok speszonego i nieco zagubionego młodzieńca rozpalał ogień w moim sercu. Czułem się niesamowicie, a przecież nie zrobiliśmy jeszcze niczego konkretnego. Nie gubiąc uśmiechu, przyłożyłem dłoń do klatki piersiowej skrzypka. Wyraźnie czułem jak szybko bije jego serce pod moimi palcami. I tym razem odgrywałem główną rolę w naszym przedstawieniu. To ja prowadziłem w dzisiejszym tańcu, kierując się swoim doświadczeniem. Może i byłem niebywałym egoistą, ale właśnie ta cecha stanowiła podstawę mojej osobowości. Jako najbardziej pogardzany syn w rodzinie, po jej opuszczeniu znalazłem przyjemność w patrzeniu na innych z góry. Dzisiejsza sytuacja pozwalała mi się wykazać, dlatego rozpierające uczucie satysfakcji wzrastało we mnie z chwilą, kiedy przykładałem usta do śnieżnobiałej szyi Nicolasa. Przymknąłem oczy, delikatnie wdychając jego zapach i zatrzymując go na moment w płucach, zupełnie jakby skrzypek był dla mnie niezbędnym do oddychania pierwiastkiem. Gdy nasyciłem się tą chwilą, złożyłem pocałunek na wrażliwej skórze. Najpierw jeden, potem następny i następny. Za każdym razem wkładałem w tę czynność coraz więcej pasji, dzięki czemu Nicki odchylił szyję, a spomiędzy jego lekko rozchylonych warg wydostało się ciche westchnięcie. W miarę jak młodzieniec posyłał mi coraz odważniejsze reakcje, rewanżowałem się jeszcze większym zaangażowaniem. Kiedy szykował się do kolejnego wibrującego westchnięcia, które było niewątpliwą muzyką dla moich uszu, przerwałem w chwili, gdy Nicolas nabierał powietrza w płuca. Spojrzał na mnie z niemym zaskoczeniem, które udało mi się odczytać z jego czekoladowych oczu. Był w tej chwili taki rozkoszny! Niczym zagubione dziecko, które nie potrafiło zapytać kogoś o drogę. Nie uraczyłem skrzypka nawet skrawkiem odpowiedzi, jednak zamiast tego popchnąłem go lekko w klatkę piersiową, przez co chłopak opadł swobodnie na poduszki. Gdy tylko chłód satynowej pościeli zetknął się z nagimi plecami Nickiego, zawisłem nad nim, niczym drapieżnik, który szarżuje na swoją ofiarę. Pragnąłem zedrzeć z niego całą tą nieskalaną niewinność i zachować ją wyłącznie dla siebie. W tym celu kontynuowałem wcześniej przerwaną pieszczotę, tym razem jednak posuwając się dalej. Moje gorące pocałunki obsypały obojczyk chłopaka, następnie jego klatkę piersiową oraz brzuch, zatrzymując się dopiero nad bielizną. Na widok przejętej miny młodzieńca, na moje usta wdarł się rozbrajający uśmiech.
- Boisz się, Nicki?
Zapytałem melodyjnie, na co skrzypek nie odpowiedział, ale za to pokręcił przecząco głową. Potraktowałem ten gest jako przyzwolenie na dalszą zabawę. A wiadomo, że nie ma tańca bez odpowiedniego rozgrzania wszystkich mięśni. Niechętnie oderwałem usta od jedwabistej skóry, zastępując je swoją dłonią. Tym razem badałem jego ciało jedynie opuszkami palców, mozolnie sunąc coraz wyżej i wyżej, aż trąciłem zaczepnie jednego z zaróżowionych sutków. Nicolas jęknął rozkosznie, odbierając moją pieszczotę. Z każdą chwilą niemalże czułem jak szybko płynie krew w moich żyłach. Musiałem co jakiś czas upominać się w myślach. Spokojnie... Tancerze, którzy reagują z pośpiechem nie są dobrymi tancerzami. Musiałem się opanować, jednak przy tym chłopaku nie było to łatwe zadanie. Był nieskazitelnie piękny, a i jego ciało współpracowało ze mną jak należy. Nicolas niesamowicie odbierał każdą z moich pieszczot, nawet wtedy, gdy przestały one przypominać pieszczoty. Szybko zrobiłem się zaborczy. Byłem dla Nicolasa niczym Enkil dla Akaszy. Zupełnie jak bogini Izyda, w chwili, gdy wydobywała ze swojego martwego kochanka Ozyrysa życiodajne nasienie. Chwyciłem skrzypka pod kolanem i jednym zdecydowanym ruchem rozłożyłem mu nogi. Rumieńce na jego twarzy miały niesamowity kolor. Uśmiechając się nieco lubieżnie, zsunąłem bieliznę z bioder młodzieńca, pochylając się nad jego przyrodzeniem. Wziąłem go do ust przy akompaniamencie gardłowego jęku. Jednak dyrygent naszego teatru miał rację - nawet "pierwsze skrzypce" przy odpowiednim dostosowaniu mogą występować jako idealny akompaniament. Nie zamierzałem jednak pozwolić młodzieńcowi osiągnąć spełnienia. W końcu nasz taniec na razie zawierał jedynie kroki podstawowe. Poruszałem leniwie głową, drażniąc męskość skrzypka zaledwie koniuszkiem języka. Z przyjemnością wyłapywałem z powietrza każdy jego jęk, każde nieśmiałe sapnięcie. Czułem jak rośnie w moich ustach, z każdą chwilą robiąc się coraz twardszy. Ah, mężczyźni są tacy prości do odgadnięcia! Nigdy nie musiałem się specjalnie zastanawiać co robić podczas współżycia z nimi, nie to co z płcią przeciwną! Nie minęło dużo czasu, aż uda Nicolasa zaczęły rozkosznie drżeć. Był to dla mnie sygnał, że już najwyższa pora posunąć się nieco dalej. Nie zaprzestając wcześniejszego zajęcia, zacząłem głaskać młodzieńca po pośladkach, by po chwili odnaleźć palcem jego wejście. Skrzypek fuknął uroczo, gdy poczuł jak na niego napieram. Niedoświadczona skóra opornie ustąpiła, a ja przyspieszyłem ruchy języka, by wynagrodzić przyjacielowi związany z tym dyskomfort. Nie byłem jednak na tyle cierpliwy, by czekać aż się przyzwyczai. Szybko dołożyłem drugi palec i zacząłem nimi poruszać, pragnąc jak najdokładniej rozciągnąć delikatne wnętrze. Z gardła Nicolasa od czasu do czasu wydostawały się jęki, przeplatane z niezadowolonym pomrukiwaniem. Jego twarz reagowała podobnie - na przemiał ukazywała usta, szeroko otwarte w przypływie ekstazy oraz oczy napełnione oburzeniem. Zachowanie skrzypka uświadomiło mi, że chyba sprawiałem mu większy dyskomfort niż przewidywałem. Mimo tego nienawidziłem czekać, nigdy nie byłem cierpliwy. I w tym przypadku ta wada nie pozwoliła mi na przeciąganie zabawy oraz oswojenie przyjaciela z sytuacją. Wyjąłem jego męskość z ust oraz zabrałem palce, na co skrzypek odetchnął z ulgą, chociaż w jego oczach dostrzegłem nieco tęskne spojrzenie. Było one jednak na tyle ulotne, że mogło mi się po prostu przywidzieć.
- Oh, Nicki.., nie zdziwię się, jeśli po tym, co zajdzie wśród tych ścian, nie będziesz chciał mnie już więcej znać. Jednakże zaklinam cię, nienawidź i pogardzaj moją osobą dopóki nie oczyścisz swojej duszy z grzechu, ale ja już nie jestem w stanie się zatrzymać.
Wraz z wypowiedzeniem tych słów, delikatnie uniosłem biodra młodzieńca, po czym znalazłem się w jego wnętrzu. Mój ruch był bardziej chaotyczny, niż zamierzałem, jednak i we mnie siedział mężczyzna, czym się usprawiedliwiałem już do końca naszego zbliżenia. Nicolas przyjął moją męskość wraz z głośnym okrzykiem, sygnalizującym ból. Nie tak to planowałem. Pragnąłem sprawić mu więcej przyjemności, niż bólu, jednak nie wziąłem pod uwagę własnych emocji. Zwyczajnie nie mogłem już dłużej wytrzymać, gdyż skrzypek wywoływał u mnie zbyt silne reakcje. Ostatkiem zdrowego rozsądku udało mi się odczekać parę chwil, dopóki ciało chłopaka nie zaakceptowało mojej obecności. Pochyliłem się nad nim, składając kilka spłoszonych pocałunków na białej skórze, po czym ponownie połączyłem nasze usta w pieszczocie przepełnionej pasją. 
- Lestat, sprawiasz mi ból...
Wyjęczał mój nieskalany kochanek. Miał nieco bladą twarz, ale pomimo tego, jego policzki nadal pozostawały zaróżowione.
- Wybacz mi, przyjacielu... Będziesz musiał odpokutować i za moją chwilę słabości.
Dopiero teraz zauważyłem jak bardzo zachrypnięty stał się mój głos. Przez to francuszczyzna, którą się posługiwałem, zaczęła dużo bardziej pasować do "języka zakochanych". Ah, kochałem tego młodzieńca całym swoim ciałem oraz duszą. Czyż nie ma lepszego sposobu, aby mu to pokazać? Położyłem obie dłonie na zgiętych kolanach skrzypka, jednocześnie rozsuwając jego nogi. Uśmiechając się delikatnie, pchnąłem biodrami, wywołując u niego drżący jęk. Wraz z moimi ruchami, na twarz Nicolasa powracały kolory. Chociaż był teraz cały czerwony, nie zaprzątałem sobie tym głowy, a intuicja podpowiadała mi, że nie leżało to również w intencji młodzieńca. Z początku poruszałem się powoli, jakby leniwie, czekając aż mój partner oswoi się z sytuacją. Jednak, jak już wcześniej wspomniałem, nie potrafiłem być cierpliwy. Po jakimś czasie moje ruchy stały się szybsze oraz przybrały na sile. Nicolas jęczał coraz donośniej, aż w pewnym momencie wygiął się w delikatny łuk, wypychając biodra w moją stronę. Czułem się cudownie, moje ciało drżało w ekstazie, a od samego widoku kochanka robiło mi się gorąco. Każdy zmysł, każdy milimetr ciała - wszystko we mnie płonęło, odbierając bodźce od partnera. Skrzypek ujął mnie za szyję, zupełnie jakby pragnął przyciągnąć mnie jeszcze bliżej. Więcej... bardziej... Chciałem sprawić, żeby krzyczał moje imię. Żeby w chwili przyjemności widział tylko moją twarz. Chciałem, żeby pozostał tylko mój już na zawsze. Apogeum rozkoszy było już blisko, niemalże na wyciągnięcie ręki. Nicolas doszedł przede mną, oznaczając mój brzuch lepką substancją. Był piękny również, kiedy szczytował. Ah, czułem, że z każdą chwilą, z każdym pchnięciem, coraz bardziej uzależniałem się od tego drobnego francuza. Nasz Diabelski Gościniec niemalże majaczył mi przed oczami. Nie potrzeba było wiele, zaledwie widok skrzypka, aby fala orgazmu przeszyła również moje ciało. Doszedłem z imieniem Nicolasa na ustach, wypełniając go swoją uzależniającą miłością. Zadyszany opadłem na młodzieńca, wplatając palce w jego kasztanowe włosy. Nasze oddechy ścigały się ze sobą, z czasem zwalniając, podczas gdy my leżeliśmy tak już do rana, upojeni sobą na wzajem. 
***
(uwaga, zakończenie zawiera spojler z drugiej części vampire chronicles~!)
"Ah, Nicki... naprawdę lubiłeś tańczyć" - to zdanie pojawiło się w mojej głowie z chwilą, w której zamykałem jedną z kronik rodzinnych. Jakim cudem z opisu naszego pierwszego przedstawienia moje myśli przybrały ten, a nie inny charakter? Tego nie wiedziałem, jednak czasami warto przypomnieć sobie takie rzeczy. Z niezwyciężoną nostalgią w sercu spojrzałem na własną dłoń, tak jakbym mógł zobaczyć kasztanowe kosmyki pomiędzy moimi palcami. Naprawdę pięknie wtedy wyglądały... Czemu to właśnie jemu Armand zgotował taki los? Pozbawienie rąk dla tak utalentowanego skrzypka było karą nawet gorszą, niż śmierć. Mój najdroższy Nicolasie, serce mi krwawi na myśl, że już nigdy dla mnie nie zagrasz.

28 lipca 2015

Proch

Tytuł: Kości [Proch]
Postacie: Saruhiko Fushimi / Misaki Yatagarasu
Anime: [K] Project  Status: zakończone
Typ: partówka [2/2] Gatunek: slash / songfic / fantasy / BDSM
Ostrzeżenia: scena seksu / BDSM  Ilość słów: 4391
A/N: Pisanie sprawia mi coraz więcej trudności. Zaczęłam się nawet zastanawiać czy nie dać sobie spokoju z tym blogiem i zwyczajnie go zostawić. Z góry przepraszam wszystkich, który we mnie wierzyli, jak i tych, którzy nadal we mnie wierzą. Smutno mi, ponieważ chcę pisać, ale nie wiem jak. Doskonale widać to w tym opowiadaniu. Oczywiście jak zwykle pod koniec podekscytowałam się jak blisko zakończenia jestem i spieprzyłam. Przepraszam Was za to.

Od ostatnich wydarzeń minęło parę miesięcy. Saruhiko z całych sił starał się wyrzucić ze swoich myśli podejrzanego chłopaka, jednak nie było to takie łatwe, jak na początku przypuszczał. Przywidzenia, których wcześniej doświadczał, nie zniknęły – nadal wszędzie dostrzegał ogniste włosy rudzielca, a jego imię wyłapywał z gazet i ulicznych reklam, nie do końca świadomy tego, że w istocie było na nich napisane coś zupełnie innego.
No no, nieźle Saru. Jeszcze trochę, a pomyślę, że się najzwyczajniej w świecie zabujałeś.
Oczywiście zainteresowanie policjanta wzrosło co najmniej dwukrotnie, ale tym razem do tego uczucia dołączyło jeszcze jedno – złość. Mężczyzna był zły na Yatagarasu za to, że nie raczył mu niczego wyjaśnić. I jeszcze ta głupia gadka o deskorolce! Tajemniczy chłopak zachowywał się jak zwyczajny dzieciak, a mimo wszystko, Fushimi w takich gówniarzach nie gustował. Jednak było w nim coś takiego, co nie pozwalało policjantowi skupić się na codziennych obowiązkach i bezczelnie odganiało jego myśli do ich ostatniego spotkania. Kiedy tylko Saruhiko usłyszał to schematyczne pytanie o głupią deskę na kółkach, zwyczajnie odwrócił się na pięcie i odszedł, nie zwracając uwagi na płaczliwe nawoływania Yaty. „Nie, proszę pana! Proszę mnie nie zostawiać! On… on mnie znowu ukarze, jeśli wrócę do baru o tej porze! Księżyc będzie na mnie zły…”. Te słowa jak na złość nie chciały wypaść Saruhiko z pamięci. O co mu do cholery mogło chodzić?! Pewnie gdyby nie ta ciekawość, policjant już dawno dałby sobie spokój z dziwnym chłopaczkiem i jego gadaniem o księżycu. Coś niewątpliwie go do niego przyciągało. Nie mówiąc już o tym, że nadal był pewien, że gdzieś już słyszał jego nazwisko.
Był dwudziesty trzeci lipca. Pogoda wyjątkowo dopisywała, ukazując środek lata godny małej wysepki, na której pomieściła się ludzkość po wybuchu krateru. Nawet w tak gorące dni Fushimi Saruhiko nie był zwolniony z pełnienia swoich obowiązków w Berle. Akurat tego dnia był wykończony. Czerwony Król wraz z całą bandą smarkaczy z HOMRY sprawiali coraz więcej kłopotów, przez co policjant miał swoje nocne dyżury codziennie, aż do białego rana. Skończyło się na tym, że tego dnia spał niecałą godzinę, dlatego teraz nie miał innego wyjścia jak postawić cały swój poranek na trzech kubkach kawy. Aktualnie siedział przy swoim biurku, dopijając jeden z nich i przeglądając raporty z ostatniego miesiąca. Papierkowa robota… jak on jej nienawidził. Skoro już i tak jeździł na akcje i patrole, po co wcisnęli mu jeszcze szperanie w dokumentach?! Ale cóż, nie mógł nic z tym zrobić. Fushimi, psiocząc pod nosem na organizację Niebieskiego Króla, zaczął segregować raporty i odkładać je na kupki z odpowiednimi miesiącami. Kiedy spinał stosik z marca, poczuł czyjąś obecność za plecami.
- Saruhiko, mam dla ciebie zadanie.
Mężczyzna nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć do kogo należał ten głos. To był Reishi Munakata, Król o niebieskiej mocy, którego to dosłownie przed chwilą policjant mieszał z błotem. Saruhiko niezbyt przejął się tym, że jego szef prawdopodobnie usłyszał każde słowo, jakie padło. On ogólnie nie zaprzątał sobie głowy większością spraw, mając wszystko w głębokim poważaniu.
- Jakie znowu zadanie? Dopiero co wróciłem z patrolu w trzydziestej czwartej dzielnicy. Wiesz dobrze jak tam jest... Ledwo żyję, a ty znowu chcesz mnie gdzieś wkopać?
Saruhiko obrócił się na krześle, patrząc swojemu Królowi prosto w oczy.
- Niestety dobrze wiesz, że brakuje nam ludzi. Poza tym myślę, że akurat ta sprawa przypadnie ci do gustu.
- Ehh… więc o co tym razem chodzi?
- Mamy kłopoty w czternastej dzielnicy. Mieszkańcy skarżą się na ciągłe krzyki i płacz.
Oczy znudzonego policjanta natychmiast się ożywiły. Czternasta?! Przecież to właśnie tam jest HOMRA! Cóż… Reishi zasłużył na przeprosiny, zadanie rzeczywiście brzmiało obiecująco.
- Niech przygotują mi mundur.
Fushimi odłożył dokumenty do szuflady swojego biurka, wstał z krzesła i poszedł prosto do przebieralni, odprowadzany przez triumfujący wzrok Niebieskiego Króla.
Nasz kochany Saru czasami potrafi być taki przewidywalny! Według mnie ta cecha czyni go wyjątkowo uroczym. A Wy co o tym sądzicie?
Czternasta dzielnica nie charakteryzowała się niczym szczególnym. Ot kilka bloków, wybudowanych jeden obok drugiego. Mały sklepik z najpotrzebniejszymi rzeczami oraz ulica z dwuetapowym przejściem dla pieszych. Bloki poustawiano tam w taki sposób, że sąsiedzi mogli zaglądać w okna mieszkańców naprzeciwko. Ścisk był na tyle duży, że ledwo dało się wjechać samochodem w poboczne uliczki. Za to główna jezdnia była szeroka na co najmniej cztery auta, stojące obok siebie, do tego miała jeszcze chodnik dla pieszych. Na pierwszy rzut oka normalna dzielnica, jednak zawierała w sobie jeden jedyny budynek, który nie pasował do reszty otoczenia. Na samym rogu ulicy, w miejscu, gdzie główna droga krzyżowała się z wąskimi przejściami, stał czerwony bar z ogromnym szyldem, na którym ledowe lampki tworzyły napis: „HOMRA”. Miejsce to było inne, odmienne od reszty dzielnicy, przez co przyciągało wielu ludzi. Jednak tak naprawdę nikt poza członkami Ognistego Płomienia nie odwiedzał tego baru. Zbyt wielki strach budził w mieszkańcach Suoh Mikoto, Czerwony Król, wraz ze swoją bandą „przydupasów”. Tak więc HOMRA była pozbawiona niepotrzebnych gapiów. Okazało się, że ludzie są dość mądrzy, żeby odpuścić sobie tanie whisky na rzecz własnego zdrowia, a czasami nawet i życia. Fushimi Saruhiko, który przechadzał się po ulicach czternastej dzielnicy, wydawał się nie pasować do otoczenia jeszcze bardziej niż budzący strach bar na skrzyżowaniu. Jego niebieski mundur zbyt mocno odznaczał się na ceglanych budynkach i na samej HOMRZE. Błękit nie pasował do czerwieni i chociaż mężczyzna doskonale zdawał sobie z tego sprawę, w tej właśnie chwili cieszył się jak dziecko, że został wysłany akurat w to miejsce.
Choć dotykam ognia świecy, nie wiem co to ból. 
Nie poczuję, choćbyś sypał w rany sól…
Chwila moment, ten śpiew mógł oznaczać tylko jedno… Ale w takim razie, co Yatagarasu robił w takim miejscu jak to!? To nie był jego świat, zwłaszcza, że Fushimi był przekonany, że chłopak nie chciał się oddalać od tamtej alejki, w której to już dwa razy się spotkali. Jednak tym razem rudzielec się nie zjawiał. Policjant czekał i czekał, ale nie wyczuł żadnego śladu jego obecności. Czyżby coś się… stało? A z resztą, nie będzie się gówniarzem przejmował! Potyczka z samym Czerwonym Królem była dla niego o wiele ważniejsza. A przynajmniej w tej chwili.
Saru… ty to jednak jesteś wredny. Kiedy tylko pomyślisz o własnych korzyściach, od razu zapominasz o innych!
Fushimi zdawał sobie sprawę z tego, że powinien mieć ułożony jakiś plan działania. Jakikolwiek. Jednak postanowił nie zaprzątać sobie głowy takimi rzeczami i po prostu działać spontanicznie. Chciał improwizować, tak jak w większości wykonywanych akcji. Czyż nie mógł sobie wymarzyć lepszej pracy? Praktycznie robił wszystko, na co miał ochotę, bazując jedynie na własnym przeczuciu! No… nie licząc roboty w biurze, oczywiście. Policjant zbliżył się do barowego szyldu z zamiarem podsłuchania co się dzieje w środku. Kiedy tylko znalazł się bezpośrednio pod drzwiami, zaatakował go słodkawy zapach taniego alkoholu. Nawet nie wiedział, co to dokładnie było. I właśnie wtedy Saruhiko usłyszał krzyk. Poczuł dziwne kołatanie w sercu w chwili, kiedy zdał sobie sprawę z tego, że skądś znał ten głos. W jednej sekundzie jego nogi zrobiły się miękkie jak z waty, chociaż sam nie wiedział czym tak właściwie się przejął. Z najgorszymi obawami podszedł do okna i zajrzał przez nie do wnętrza baru. Okazało się, że to co zobaczył miało go prześladować już do końca życia.
Ojoj, Saru… czyli nawet ciebie potrafi coś zaskoczyć? Jestem w szoku!
Wnętrze baru było spowite półmrokiem. Tylko w niektórych miejscach pozapalano małe, czerwone lampiony, a na ladzie umieszczono cztery grube świece, nie trudząc się nawet czymś takim jak świeczniki. Światło, jakie dawały te rzeczy nie było w stanie oświetlić całego pomieszczenia, ale za to doskonale pokazywało to, co Saruhiko mógł dostrzec od zewnętrznej strony budynku. Yatagarasu. Mały, rudy chłopak o wychudzonej sylwetce, siedział na barowym blacie z przerażeniem w oczach. Był sam, ale na jego nieszczęście, nie na długo. Po jakimś czasie do pomieszczenia weszli Rikio Kamamoto, Tatara Totsuka, Izumo Kusanagi oraz Suoh Mikoto we własnej osobie. Twarz rudzielca obrazowała czysty strach, kiedy patrzył na otaczających go mężczyzn. Zwłaszcza na Czerwonego Króla.
- Byłeś grzeczny, Yatagarasu?
Odezwał się jeden z nich, na co malec skrzywił się i nie odpowiedział.
- Zapomnij, Totsuka, przecież on rozmawia tylko ze swoim „Księżycem”!
Kusanagi ryknął śmiechem, zajmując swoje stałe miejsce za ladą na stanowisku barmana. Mikoto zbliżył się do chłopaka, po czym zgasił papierosa na jego lewej dłoni.  Kiedy rudzielec walczył z cisnącymi się do oczu łzami, Czerwony Król postanowił w końcu się odezwać.
- Rozebrać go.
Fushimi był w szoku, obserwując jak dwójka gówniarzy chwyta tajemniczego chłopaka, który nawet nie raczył temu zaprotestować. Chociaż nie… „raczył” to chyba nie było odpowiednie słowo. O wiele lepiej pasowało „nie ośmielił się”. Tak więc, Yatagarasu nie ośmielił się sprzeciwić, gdy mężczyźni przynieśli z zaplecza kajdany i skuli nimi jego nogi. Chłopak wręcz sprawiał wrażenie, jakby był do tego wszystkiego przyzwyczajony.
- Co to ma być? Tak jak zawsze.
Totsuka i Kamamoto skinęli głowami, po czym dodatkowo przytargali jeszcze jakiś gruby łańcuch, który zaplątali wokół kajdanek i zawiesili na haku pod sufitem. Takim to sposobem Misaki był zmuszony opierać się łokciami o ladę barową, mając całą resztę ciała w górze w dość krępującej pozycji. Policjant dopiero teraz zauważył liczne siniaki i otarcia na ciele chłopaka. Oczywiście od razu zorientował się, co zamierzał zrobić Czerwony Król. Z resztą nie trzeba specjalnie się zastanawiać, żeby na to wpaść. Dlatego, jako osoba zapewniająca bezpieczeństwo, mężczyzna powinien jak najszybciej interweniować, ale… No właśnie: „ale”. Problem tkwił w tym, że cała ta sytuacja cholernie mu się spodobała. Fushimi najzwyczajniej zdążył zbyt mocno się nakręcić i aż szkoda mu było zmarnować taką okazję. Nie owijając w bawełnę – widocznie miał w sobie coś z sadysty. Przygryzając dolną wargę, policjant sięgnął ręką do rozporka w swoich spodniach i powoli go rozpiął. Prawo może zaczekać... Natomiast, po drugiej stronie okna, Mikoto zbliżał się powoli do skrępowanego rudzielca, swoją postawą sprawiając wrażenie, jakby nic mu się nie chciało. Z obojętną miną ścisnął go za pośladki, wsłuchując się w zaskoczony pisk swojej ofiary.
- Chyba zagoiło się od ostatniego razu, prawda?
Twarz Misakiego przeszła przerażeniem, jednak mimo tego posłusznie pokiwał głową. Bał się… Tak bardzo się bał. Czerwony Król nie potrzebował niczego więcej do szczęścia. Nie tracąc czasu na bezsensowne gadanie, uderzył rudzielca prosto w twarz, zostawiają krwawy ślad na jego policzku. Ciało chłopaka skuliło się instynktownie, próbując uniknąć ciosu, jednak jego oprawca okazał się szybszy. Misaki nie wydał z siebie żadnego dźwięku, tak jakby doskonale wiedział, że za to oberwie jeszcze bardziej. Pewnie właśnie dlatego w barze słychać było jedynie szczęk kajdanek oraz donośny śmiech trójki pozostałych mężczyzn, którzy najwidoczniej doskonale się bawili. Mikoto wysilił się na uśmiech, po czym pochylił nad malcem i zaczął drażnić językiem jego sutki. Yatagarasu skrzywił się, czując jak zęby oprawcy zaciskają się na jednym z nich. Zaskomlał z bólu, za co ponownie dostał po twarzy. Wiele razy miał takie momenty w życiu, w których zastanawiał się dlaczego on, dlaczego nie ktoś inny. Chciał uciec od HOMRY jak najdalej, jednak wiedział, że nie może tego zrobić. To jego wybrał Księżyc i dlatego to właśnie on musiał znosić to wszystko.
- Siedź cicho, bo jeszcze ktoś cię usłyszy. Już i tak ludzie się na nas skarżą.
Mruknął Czerwony Król, wracając do wcześniejszego zajęcia. Czemu tak właściwie to robił? Nie miał pojęcia. Po kilku latach przewodzenia HOMRZE stwierdził, że brakowało mu w życiu rozrywki. I być może właśnie to było powodem, dla którego znęcał się teraz nad niewinnym chłopakiem. Za którymś razem Mikoto ugryzł go na tyle mocno, że rudzielcowi ostatkiem sił udało się powstrzymać krzyk. Król westchnął zrezygnowany, po czym wyciągnął bandanę z kieszeni kurtki i wepchnął ją Misakiemu do ust.
- Zajmijcie się nim, już mi się znudził.
Mruknął do dwójki swoich „przydupasów”, którzy na tę wiadomość uśmiechnęli się tak, jakby byli małymi dziećmi, którym matka pozwoliła wziąć ostatnie ciasteczko. Kamamoto oderwał świecę z blatu i podszedł do skrępowanego chłopaka. Nie gubiąc podejrzanego uśmiechu, przechylił ją nad jego piersią, wylewając cały wosk na delikatną skórę. Malec krzyknął z bólu, jednak zostało to skutecznie przytłumione materiałem. Czuł wyraźnie jak pali go każdy centymetr skóry – zarówno tej zdrowej, jak i tej przyozdobionej bliznami oraz otarciami. Natomiast Totsuka został na miejscu, nie zamierzając zbliżać się do Yatagarasu. Jedynym co zrobił, było wyciągnięcie niewielkiej kamery i nagrywanie całego zdarzenia. Mikoto patrzył na to wszystko znudzonym wzrokiem. Tyle już widział, że po jakimś czasie przestały go ruszać takie rzeczy. Powodem, dla którego w ogóle to robił, było oglądanie wykrzywionej bólem twarzy. Już dawno zdążył się zorientować, że jako jedyne sprawiało mu to przyjemność. Za to Fushimi czuł, że zaraz oszaleje. Tak naprawdę nic szczególnego się jeszcze nie wydarzyło, a on już zdążył zrobić się twardy. Cholera… był zupełnie jak jakiś prawiczek podczas swojego pierwszego razu! Zaglądając przez okno, wziął swojego członka w palce i zaczął powoli poruszać ręką. Niemalże jak na zawołanie jego ciało zaczęło współpracować. Saruhiko poczuł przypływ podniecenia, który wywołał przyjemny dreszcz na jego plecach. Ahh, już dawno nie robił tego w tak ekscytujących warunkach! Policjant oparł się o ścianę, wodząc palcami po całej długości swojego członka. Tymczasem po drugiej stronie okna zabawa zaczęła powoli się rozkręcać. Świeca, której wosk oparzył pierś Misakiego, została brutalnie wepchnięta w jego wnętrze. Na zapłakanej twarzyczce chłopaka można było wręcz odczytać jak wielki ból w tej chwili odczuwał. Kamamoto pochylał się nad nim, poruszając świecą w jego wnętrzu. Kompletnie nie przejmował się oporem, jaki stawiało ciało malca. Bez skrupułów wpychał w niego przedmiot, rozdzierając delikatną skórę. Misaki był strasznie spięty, przez co mężczyzna zaczął wyobrażać sobie jak wyrzuca świece i zajmuje jej miejsce, sprawiając chłopakowi jeszcze więcej bólu. Kiedy tak patrzył na jego twarz, sam poczuł przypływ podniecenia. W końcu Kamamoto nie wytrzymał i zostawił świecę w spokoju, zajmując się przyniesionym przez Totsukę biczem. Zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby złamał zasadę nietykalności rudzielca, sam zająłby jego miejsce na ladzie. Yatagarasu zaczął piszczeć ze strachu, próbując jednocześnie wzbudzić litość swojego oprawcy. Niestety jak zwykle trafił na niewłaściwą osobę. Mężczyzna uśmiechnął się okrutnie, wymierzając pierwszy cios. Na klatce piersiowej i żebrach rudzielca pojawiły się czerwone pręgi, jednak to mu nie wystarczyło. Uderzenia powtarzały się jeden za drugim, rozdzierając powietrze przerażającym świstem bicza. Chłopak skomlał z bólu, ponieważ tylko tyle mógł teraz zrobić. Kamamoto z okrutnym skupieniem starał się, aby rany na ciele Misakiego wyglądały należycie. Skóra chłopaka porozrywała się od ciągłych uderzeń, brudząc krwią barową ladę. Rudzielec był już na granicy omdlenia i właśnie w chwili, gdy miał sobie pozwolić na tak błogi stan, Czerwony Król zbliżył się do nich, odpychając starszego mężczyznę.
- Już wystarczy, resztę dokończę ja.
Kusanagi zachwiał się niebezpiecznie i chyba tylko łut szczęścia sprawił, że przy swojej masie ciała się nie wywrócił.
- Mikoto, zdążyłem się już nakręcić! Pozwól mi w niego—
- Przypominam ci, że tylko ja mogę go pieprzyć.
Warknął Czerwony Król, na co protestujący mężczyzna natychmiast zamilkł i niechętnie się wycofał. Suoh chwycił za szklankę, po czym nalał sobie bliżej nieokreślonego alkoholu. Popijając, podszedł do skatowanego chłopaka i z wrednym uśmiechem na twarzy wylał na niego to, co mu zostało. Misaki szarpnął się, próbując uciec od bólu, jaki zadał mu trunek w połączeniu z otwartymi ranami. Łzy ciekły mu po brodzie i policzkach, miał wrażenie, że zaraz umrze. Czuł, jak pali go każdy centymetr skóry i w sumie nie wiedział dlaczego tak się dzieje. Przecież odczuwał ten ból już tyle razy, że jego ciało powinno samo się uodpornić. Mikoto oparł ręce na ladzie po obu stronach bioder chłopaka i schylił się, aby szepnąć mu do ucha.
- Yatagarasu…
W tym właśnie momencie Saruhiko zrozumiał, dlaczego rudzielec tak nienawidził swojego nazwiska.
- Księżyc świeci na niebie. On cały czas na nas patrzył. Dlatego wiesz, co będę musiał ci zrobić, prawda?
Misaki przerażony pokiwał twierdząco głową, czując jak wielki ból sprawiał mu tak drobny gest. Za to Czerwony Król uśmiechnął się zwycięsko i wyjął świecę z jego wnętrza.
- Grzeczny chłopiec.
Wyszeptał, po czym wszedł w chłopaka. Saruhiko czuł jak powoli narastała w nim złość. Mikoto od zawsze robił wszystko, na co miał tylko ochotę, ale tym razem to już była przesada. Chciał wejść do baru i odebrać Yatagarasu z jego brudnych łapsk, ale zwyczajnie nie był w stanie. Przez samo patrzenie na całą sytuację, zdążył się mocno podniecić. Czuł jak błogie gorąco ożywia każdą komórkę w jego ciele. Fale duszności i podniecenia przeszywały go jedna za drugą, doprowadzając policjanta do szaleństwa. Na przemian zwalniał i przyspieszał ruchy ręki. Miał wrażenie, jakby właśnie zstępował do najgłębszych czeluści piekieł. Wolną ręką wtargnął pod koszulę, szczypiąc co jakiś czas swoje sutki. Świadomość, że robił coś, czego absolutnie nie powinien, dodatkowo go nakręcała. W końcu nie wytrzymał i zaczął cicho pojękiwać. Jego ciało pokryła gęsia skórka na samą myśl, że ci gówniarze mogli go usłyszeć. Pragnął tego. Chciał, żeby ktoś go przyłapał. W pewnym momencie pragnął nawet wejść do baru i zastąpić Czerwonego Króla. Chociażby na krótką chwilę… Na moment. Wszystkie te chore pragnienia kotłowały się w głowie Saruhiko, doprowadzając go niemalże do obłędu. Nagle mężczyzna poczuł jak przyjemne ciepło zaczęło zbierać się u dołu jego brzucha. Uśmiechnął się do  siebie, po czym oparł głowę o szybę, gwałtownie przyspieszając. Jeszcze tylko kilka ruchów ręką… Był już tak blisko słodkiego spełnienia.
A ja myślałam, że jestem jedyną osobą z dziwnymi fantazjami. Nieźle Saru… już prawie poczułam konkurencję.
Na całym ciele Misakiego pojawił się pot. Czuł jak Czerwony Król bezwstydnie rozdzierał jego delikatne wnętrze. Nie był na to kompletnie przygotowany, a strach sprawiał, że nie mógł w żaden sposób się rozluźnić. Zarówno ból, jak i pozycja, w której został skuty, dodatkowo potęgowały jego przerażenie.
- Yatagarasu… jesteś tak cholernie ciasny.
Wymruczał Mikoto z satysfakcją przyspieszając swoje ruchy. Uśmiechnął się sadystycznie i zlizał z ran gwałconego chłopaka resztkę alkoholu. Ten pisnął przeraźliwie, próbując uciec od tej tortury. Odwrócił wzrok, kiedy Totsuka podszedł bliżej, chcąc złapać dobre ujęcie.
- Zobacz, Yatagarasu… spójrz tam, do góry… Widzisz? On patrzy. On zawsze patrzy, a razem z nim i ja. Nie zapominaj o tym.
Czerwony Król szeptał do ucha ofiary, jednocześnie pogłębiając swoje pchnięcia, czyniąc je bardziej intensywnymi. Chwycił go obiema rękami za biodra, dociskając jego ciało jeszcze bliżej siebie. Misakiemu coraz bardziej kręciło się w głowie. Przerażony patrzył raz na swojego oprawcę, raz na tarczę księżyca, który zaglądał do baru przez małe okienko w dachu. Za którymś pchnięciem ciało rudzielca nie wytrzymało. Wrażliwa skóra pękła pod wpływem naporu, co sprawiło, że maluch zaczął krwawić. Mikoto głośno się roześmiał, kiedy to poczuł.
- Poczekaj jeszcze trochę, Yatagarasu. Nie wymiękaj mi tak szybko.
Jego głos odrobinę ochrypł, co świadczyło o tym, że było mu wyjątkowo dobrze. Sam nie wiedział dlaczego, w końcu nie był w takim stanie już dawno. Sapnął cicho i splunął chłopakowi w twarz.
- Daj mi chociaż dojść.
Mruknął tak jakby z wyrzutem, przyspieszając swoje ruchy. Misaki ponownie tego wieczoru znalazł się na granicy omdlenia. Już prawie nie odczuwał bólu, jedynie kręciło mu się w głowie. Ach, gdyby udało mu się teraz zasnąć i nigdy więcej nie obudzić! Czerwony Król jednak nie zamierzał mu na to pozwolić. W pewnym momencie wyszedł z chłopaka i wziął swojego członka w palce. Poruszał ręką dość gwałtownie, co sprawiło, że szybko doszedł na jego twarzy i klatce piersiowej. Zarówno jeden, jak i drugi odetchnęli z ulgą. Mikoto ledwo zdążył się pozapinać, kiedy do baru wszedł Saruhiko Fushimi we własnej osobie. Miał lekko zaczerwienione policzki, a w oczach pozostał ślad po mgiełce pożądania. Za to jego płaszcz był w czymś ubrudzony… Czerwony Król roześmiał się na ten widok, jednak policjant nie zamierzał na to reagować. Podszedł do skrępowanego rudzielca, uwolnił go, przerzucił sobie przez ramię i najzwyczajniej w świecie wyszedł, nie zaszczycając nikogo spojrzeniem. Skierował się od razu do swojego domu, w którym to starannie wykąpał i opatrzył poranionego chłopaka.
- Już dobrze, Ya— Misaki. Ci ludzie już nigdy nie zrobią ci krzywdy.
Mówiąc to, założył mu jedną ze swoich koszul. Niestety nie miał niczego w mniejszym rozmiarze, więc rękawy były trochę za długie.
- A-ale…
Yatagarasu był wstrząśnięty nagłą zmianą sytuacji. Był przekonany, że podczas ich ostatniego spotkania zraził do siebie policjanta i, że już nigdy więcej go nie zobaczy. A tu taka niespodzianka!
- Pan nie rozumie… On… on już zawsze będzie na mnie patrzył.
- Nie przejmuj się tym. Zamieszkasz ze mną, a tutaj na pewno cię nie znajdzie.
- Nie, proszę pana… On widzi… Zawsze widzi… Księżyc znajdzie mnie wszędzie.
- Znowu ten księżyc? Może powiesz mi w końcu o co z nim chodzi?!
Misaki westchnął cicho, nie wiedząc czy może to zrobić. Jednak bał się, że jeśli ponownie mu odmówi, sytuacja z alejki się powtórzy.
- Księżyc to pan Mikoto.
Saruhiko ostatkiem sił powstrzymał się od wybuchnięcia śmiechem. Miał na tyle zdrowy rozsądek, żeby się domyśleć, że ta reakcja nie była odpowiednia w tej chwili.
- Mały… on sam ci to powiedział?
Rudzielec tylko skinął głową. Nagle dla policjanta wszystko stało się jasne. Nie widział bowiem prostszego wyjścia, jak wmawianie komuś kłamstw od małego. W ten sposób ofiara się wyuczy i będzie powstrzymywać przed ucieczką. Ale mimo tego mężczyzna nie rozumiał jeszcze wszystkiego. Dlaczego akurat ten chłopak? Dlaczego nie ktoś inny? I, na miłość boską, dlaczego ten cholerny księżyc?!
- A czy wiesz może czemu to Czerwony Król jest tym Księżycem?
- N-nie… Ale wiem, że jestem silnie związany z jego światłem.
Saruhiko kompletnie nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Jakim cudem zwyczajny chłopak był w stanie uwierzyć w bajeczki, które już na pierwszy rzut oka były wyssane prosto z palca? Przecież ludzie na co dzień nie mają z księżycem nic wspólnego….
- Nadal nie rozumiem…
Chłopak spojrzał na niego smutno. Już od samego początku zdał sobie sprawę z tego, że będzie musiał opowiedzieć policjantowi całą prawdę. Kiedy tylko zobaczył go w barze, czuł, że już niedługo odsłoni przed nim każdą swoją tajemnicę.
- Pomógł mi pan, dlatego pokażę panu, jak naprawdę wyglądam.
Policjant już naprawdę zgłupiał, słysząc jak Misaki zmienia temat (a przynajmniej zdawało mu się, że chłopak to zrobił). Jednak nie zdążył w jakikolwiek sposób zaprotestować, ponieważ rudzielec chwycił go za rękę i ignorując ból całego ciała, wyciągnął na dwór, prosto w ciemną noc. Prowadził Fushimiego prawie przez całą wyspę, docierając na miejsce, którego ten spodziewałby się ujrzeć jako ostatnie. Ku jego zaskoczeniu, znaleźli się na cmentarzu!
- Gdzieś tu musi być…
Mruknął rudzielec, chodząc między nagrobkami i ewidentnie czegoś szukając. W końcu zatrzymał się przed jednym z grobów, wskazując gestem ręki wyryty w marmurze napis: „Yatagarasu Misaki, zginął śmiercią tragiczną. Niech jego dusza spoczywa w spokoju”. I właśnie w tym momencie wszystko stało się jasne. Saruhiko przypomniał sobie, że przecież kilka lat temu jeden Yatagarasu był wśród ofiar akcji, którą policjant dowodził! To dlatego miał wrażenie, że skądś znał jego nazwisko! Jednak, mimo wszystko, to nie wyjaśniało wszystkich wątpliwości.
- Zabili mnie jakiś czas temu, jednak z nieznanych przyczyn moja dusza nie chciała opuścić ciała. Zostałem przeklęty i właśnie dlatego teraz…
Misaki przerwał, robiąc krok w stronę mężczyzny, dzięki czemu wyszedł z cienia. Czuł wyraźnie jak szybko w tej chwili biło mu serce. Bał się. Kiedy tylko chłopak wstąpił w światło księżyca, jego skóra zaczęła się zmieniać. Wyschła tak bardzo, że odpadała całymi płatami, ukazując kryjące się pod nią mięśnie i ścięgna. Te jednak zaczęły gnić, roztaczając wokół nieprzyjemny zapach, a i to szybko zniknęło, ukazując same kości. Białe, czyste i bez wątpienia ludzkie kości. Białą śmierć. Rudzielec skrzywił się z bólu, natychmiast cofając rękę do bezpiecznego cienia. Kiedy tylko to zrobił, tkanki niemalże automatycznie się odbudowały.
- Taki teraz jestem… W tamtej alejce bałem się podejść do światła, ponieważ byłem przekonany, że mój wygląd cię obrzydzi. W blasku księżyca to ciało obnaża całą prawdę o mojej osobie. Pan Mikoto powiedział, że właśnie on jest tym Księżycem, przy którym staję się prawdziwym sobą i dlatego nie mogę go opuścić.
Saruhiko był w szoku. Sam musiał przyznać, że gdyby ta cała scena nie odegrała się przed chwilą na jego oczach, w życiu by w to nie uwierzył. Jednak teraz wszystkie fragmenty dziwnej układanki w końcu ułożyły mu się w całość. Już wiedział co zrobić, żeby uchronić chłopaka przed dalszymi torturami. Policjant nawet nie zauważył, kiedy zaczęło mu na nim tak cholernie zależeć. Nie chciał krzywdy rudzielca, dlatego postanowił przemówić mu do rozsądku.
- Misaki… ja… myślę, że Czerwony Król cię oszukał. Wykorzystał twoją klątwę i od małego wpajał ci tę niemożliwą historyjkę tylko po to, żeby mieć cię pod kluczem.
Tym razem to Yatagarasu poczuł się zaskoczony. Nie trwało to jednak długo, ponieważ jego szok szybko zamienił się w czysty strach.
- N-nie! Nie wolno panu tak mówić… Księżyc jest na niebie… Księżyc widzi. Księżyc świeci. Księżyc będzie zły i mnie ukarze…
Młody mówił jak w amoku, dzięki czemu Saruhiko miał idealny dowód na to, że Mikoto zrobił mu dość skuteczne pranie mózgu. Ujął twarz przerażonego chłopaka w obie dłonie, po czym zmusił go, żeby spojrzał mu w oczy.
- Posłuchaj mnie teraz, bo powtórzę to tylko raz. Twojego Księżyca już nie ma. Jego moc wypaliła się w chwili, w której cię od Niego zabrałem. Jesteś teraz wolny, ponieważ bez ciebie zamienił się w proch, rozumiesz?
- W proch…?
- Tak, w proch. A jeśli potrzebujesz jakiegoś „bóstwa”, które będzie patrzeć na ciebie z góry, to pozwól, że ja nim zostanę. Będę twoim nowym Księżycem. Nigdy się nie wypalę, ponieważ nigdy nie zrobię ci krzywdy. W moim blasku będziesz piękny, a nie szkaradny. Bo ja cię właśnie takim widzę.
Te słowa wystarczyły, aby przekonać rudzielca do zmiany swojego „bóstwa”. Wyznanie Fushimiego poruszyło go tak bardzo, że aż popłakał się ze szczęścia. Już nikt go nie skrzywdzi – wiedział to. Przy policjancie był bezpieczny. Wręcz czuł, że na powrót stał się jednym z żywych. Uśmiechnął się na tyle szeroko, na ile pozwalały mu mięśnie twarzy, po czym delikatnie ucałował wargi swojego nowego Księżyca.
- Dobrze, Saru… Zostanę z tobą.
Następnego dnia, po nocy wyznań na cmentarzu, Fushimi udał się prosto do sklepu po deskorolkę dla swojego rudzielca. Po tygodniu mordęgi, znanej popularnie nauką, chłopak jeździł tak, że nikt na wyspie nie był w stanie mu dorównać. Tymczasem Czerwony Król od czasu do czasu pojawiał się na mieście w towarzystwie małej, białowłosej dziewczynki o czerwonych włosach i sukience tego samego koloru. Cóż… widocznie Mikoto miał słabość do dzieci z dziwnymi umiejętnościami… Ale to już zupełnie inna historia.

27 marca 2015

Kości [SaruhikoxMisaki]


Tytuł: Kości
Postacie: Saruhiko Fushimi / Misaki Yatagarasu
Anime: [K] Project  Status: w toku
Typ: partówka [1/2] Gatunek: slash / songfic / fantasy / BDSM
Ostrzeżenia: na razie brak  Ilość słów: 2101
A/N: Napisane pod wpływem chwili. Nie miejcie za złe mnie i 
mojej systematyczności...


Lubicie słuchać bajek? Mam więc dla Was coś ciekawego.
Historia, którą dzisiaj usłyszycie, zdarzyła się naprawdę. Nie rok temu, nie dwa, nawet nie dziesięć lat temu, ale na pewno kiedyś miała miejsce. Jesteśmy w mieście Shizume - czasy yakuzy już dawno minęły, a ludzkość po wybuchu jednego z kraterów w Kagutsu, została zmuszona do zamieszkiwania niewielkiej wyspy. Życie toczyło się w miarę spokojnie, chociaż czasami zdarzały się wyjątki od tej reguły. W ciągu kilku lat w Shizume zaczęły tworzyć się pewnego rodzaju klany. Poszczególne osoby pociągnęły za sobą garstkę ludzi i tak przy upływie czasu pojawiły się ogromne, "kolorowe" frakcje. Każda z nich miała przywódcę, którego nazywano Królem. Każda z nich posiadała nadprzyrodzone zdolności, zależne od "koloru" swojego Króla. I w końcu, każda z nich odznaczała się innymi poglądami - zarówno moralnymi, jak i politycznymi. I gdyby nie dość częste bójki pomiędzy klanami, można by zaryzykować stwierdzeniem, że w Shizume panował spokój.
Nasza historia zaczyna się tutaj. 
Był chłodny, wczesno-wiosenny wieczór. Mimo iż mroźny wiatr od czasu do czas dawał o sobie znać, wiele osób zdążyło już odrzucić swoje zimowe kurtki na dno szafy, wymazując z pamięci ledwo minioną zimę. Nawet w Berle grube płaszcze zostały zastąpione wiosennymi mundurami. Zapewne zaraz zapytacie: czym jest to Berło? Już wyjaśniam. Otóż to swojego rodzaju organizacja, spełniająca na wyspie rolę policji. Pełna nazwa owej organizacji brzmi SCEPTER4, a jej dowodzący, Reishi Munakata, obejmuje stanowisko jednego z siedmiu Króli - niebieskiego Króla. Ale to nie o nim jest ta opowieść.
Zacznijmy więc od początku. 
Fushimi Saruhiko, należący do niebieskiego klanu, wykonywał właśnie jedno z wielu powierzonych mu na ten wieczór zadań. Cóż poradzić... chcesz mieć dach nad głową i jedzenie? Pracuj, nie ma rady. Patrolowanie ulic o zmierzchu należało do jednego z jego licznych obowiązków. Mężczyzna był już nieco znużony życiem i robotą, do jakiej go zmuszało. Brakowało mu czegoś w rodzaju... czy ja wiem, może rozrywki?
Niestety nie potrafię czytać Saru w myślach, więc mogę snuć jedynie domysły. Tak czy siak gołym okiem widać, że spełniony zawodowo to on raczej nie był. 
Miał już serdecznie dosyć łażenia codziennie tymi samymi uliczkami i sprawdzania czy przypadkiem jakimś gówniarzom nie nudzi się bardziej niż jemu. Saruhiko chciał czegoś więcej od swojego życia. Na miłość boską, był przecież jednym z podwładnych Reishiego! I to nie byle jakim, bo wysoko postawionym! Dlaczego więc jedyne co miał do roboty, to łazić i kopać stare puszki zostawione na ulicy?! Czemu w tym cholernym mieście nie działo się nigdy nic ciekawego...
Ehh... Widocznie naszego Saru poniosło trochę z emocjami. Ale to nic wielkiego, nie miejcie mu tego za złe... Lepiej poczekajmy aż się uspokoi.
Fushimi westchnął zrezygnowany i już, już miał się pogodzić ze swoim nudnym, pozbawionym akcji losem, kiedy nagle zauważył jak po jego prawej stronie przemyka jakiś cień. Na ten widok nasz bohater uśmiechnął się zwycięsko. "Nareszcie mogę się z kimś pobawić..." - pomyślał i pognał prosto w wąską uliczkę, oddalając się od oświetlonego centrum Shizume.
Nie powinien tego robić, a jednak to zrobił. Nasz głupiutki Saru musi się jeszcze dużo nauczyć.
Latarnie uliczne, które mijał, pozwalały mu na ocenienie jak bardzo oddalił się od bezpiecznego placu. Sześć latarni, pięć, trzy, jedna... kiedy mężczyzna się zatrzymał, nie odnalazł już żadnej. Gdyby nie jasno świecący księżyc, jego pole widzenia zmalałoby o co najmniej osiemdziesiąt procent. Chwała bezchmurnemu niebu! Fushimi co jakiś czas rozglądał się nerwowo na wszystkie możliwe strony. Pościg wyraźnie prowadził go do tego miejsca, a później... tak nagle się urwał. Policjant nic z tego nie rozumiał - przecież wyraźnie kogoś gonił! Czyżby tak łatwo zgubił uciekiniera i dał zaprowadzić się w jakąś podupadającą uliczkę, na której cegły ledwo trzymają się kupy, próbując odgrywać coś, co kiedyś pewnie było ścianami budynków? Nie... był przecież zbyt mądry na takie standardowe zagranie!
I widzisz, Saru... przecież wyraźnie ostrzegałam, że to zły pomysł. Chyba to najlepszy moment na: "a nie mówiłam?!"?
Już miał się wycofać. Jego wargi już układały się do pełnego oburzenia prychnięcia, a jego pięści już się zaciskały w geście zdenerwowania, kiedy nagle usłyszał coś, czego kompletnie się nie spodziewał. Śpiew.
Choć dotykam ognia świecy, nie wiem, co to ból.
Nie poczuję, choćbyś sypał w rany sól... 
Jednak ból, co mnie przenika, jest prawdziwy i nie znika. 
I choć wiem, że zimny ze mnie trup, 
To przed łzami nie uchroni nawet grób.
Fushimi naprawdę był przekonany, że już nic ciekawego nie spotka go tego wieczoru. A tu proszę, taka niespodzianka! Zawsze spodziewaj się niespodziewanego, jak to mówią. Najpierw ten dziwny cień, prowadzący go prosto w jakąś ślepą uliczkę, którą widział pierwszy raz w życiu, a teraz jeszcze ten cichy, tak jakby płaczliwy śpiew...
Noooo, Saru, teraz to dopiero nieźle się wstawiłeś! ..... Ekhem... a już tak na serio:
Nie ukrywajmy, mężczyzna strasznie wkręcił się w sytuację. Nareszcie coś ekscytującego! Wreszcie jakaś przyjemna odskocznia od złodziejaszków, kradnących papierosy ze sklepu oraz wandali, przewracających śmietniki i bazgrzących na ścianach wulgarne słowa. Wreszcie coś, co jest godne uwagi zarówno berła, jak i samego Saruhiko! Aach! Aż dostał dreszczy na całym ciele! Śpiew ucichł równie szybko, co się pojawił. Jednak nie zniechęciło to naszego bohatera - a nawet przeciwnie, sprawiło, że zaczął ze szczególną dokładnością przyglądać się każdej uszczerbionej cegle w ścianie budynku, tak jakby spodziewał się, że lada moment z którejś wyleci jakaś zjawa.
- Kupi mi pan deskorolkę...?
Po plecach Saruhiko przeszedł zimny dreszcz, co na pewno nie było spowodowane wieczornym chłodem. Kiedy tylko mężczyzna się odwrócił, jego oczom ukazał się chłopiec. Policjant szybko oszacował, że mały mógł mieć około dziesięciu lat. Był dość niski jak na swój wiek, ale jego czupryna naprawiała to niedociągnięcie. Rudzielec. Wykapany rudzielec. W dodatku o złotych oczach. Bardziej niepokojącą rzeczą było jednak to, że chłopiec był bardzo wychudzony - czyżby nie miał gdzie mieszkać i wałęsał się po takich miejscach? Chociaż Fushimiego niekoniecznie interesowały dzieci, obrona obywateli Shizume należała do jednego z jego licznych obowiązków, a ten chłopiec bez wątpienia potrzebował pomocy.
- Deskorolkę?
Mężczyzna w końcu się odezwał, przerywając narastającą niezręczną ciszę. Chłopczyk pokiwał głową.
- Jasne. 
Rzucił na odczepnego. Naprawdę nie potrafił zrozumieć... dlaczego deskorolkę? Na pewno były rzeczy, których potrzebował bardziej.
- Nie boisz się chodzić o tak późnej porze? Tutaj mogą być duchy. Słyszałeś jak śpiewają?
Saruhiko, ty mały... Nie masz lepszych rzeczy do roboty niż straszenie małych, rudych sierot?!
- Nie ma duchów... Jestem tu tylko ja, pan i Księżyc. A piosenka, którą pan słyszał, była moim żalem do Księżyca. Księżyc lubi kiedy mu śpiewam. Księżyc nie lubi, kiedy ktoś jest przy mnie. Księżyc będzie zły, że z panem rozmawiam. Księżyc mnie ukarze.
- Zaraz, zaraz, chwila! Jaki znowu Księżyc? Dzieciaku, czy ty siebie słyszysz?! Nie dość, że gadasz jak jakieś zombie, to jeszcze...
Saruhiko miał wrażenie, że ta rozmowa do niczego nie prowadzi.
- Nie... już nie ważne, lepiej niech pan zapomni.
Gdyby chłopiec miał kocie uszy, z pewnością w tej chwili kładł by je po sobie. Mężczyzna westchnął cicho, wpatrując się uważnie w sylwetkę małego dziecka.
- Podejdź do światła... Chcę cię dokładniej zobaczyć.
Rzucił podejrzliwie, a jego oczy błysnęły dziwnie zza okularów.
- Nie mogę, proszę pana... Księżyc świeci na czerwono.
Chłopiec sprawiał wrażenie mocno czymś przestraszonego. W jednej chwili z tajemniczej istoty stał się roztrzęsionym dziesięciolatkiem, który zamykał oczy w ciemności, licząc, że nie będzie go już więcej nękała. Saruhiko nie miał pojęcia co to wszystko ma znaczyć i szczerze, zaistniała sytuacja irytowała go coraz bardziej. Miał ochotę chwycić chłopca za ramiona i mocno nim potrząsnąć. I w chwili gdy miał przemienić myśli w czyny, dziecko nagle zniknęło. Mężczyzna był w głębokim szoku - dzieciak stojący przed nim, w okamgnieniu dosłownie rozpłynął się w powietrzu!
Saru... tak się zastanawiam... a może ty coś brałeś? Przyznaj się, przecież nie na co dzień widujesz znikających rudzielców, pieprzących coś o jakimś Księżycu. Zaczynam się powoli o ciebie martwić. 
***
Od tego jakże dziwnego wydarzenia minęło pięć lat. Fushimi nie mógł zapomnieć o podejrzanym małym chłopcu i jego dziwnych opowieściach. Widział go wszędzie - przebiegał przez zatłoczone przejście dla pieszych, siedział na barierce przed budynkiem Berła, pojawiał się w szybach przeszklonych budynków, przesiadywał na gałęziach drzew i w końcu - tańczył gdzieś pomiędzy gwiazdami, kiedy policjant patrzył w niebo. Czasami miał nawet wrażenie, że słyszy dziecięcy śmiech, niosący się echem w jego głowie. Przez to wszystko Saruhiko zaczął się nawet zastanawiać czy przypadkiem nie potrzebuje pomocy od psychiatry. Takie rzeczy raczej nie powinny siedzieć w głowie zdrowego, 24-letniego mężczyzny!
Wiem o czym właśnie pomyśleliście, zboczeńce.
Jednak on zwyczajnie nie miał czasu się tym przejmować. W Shizume ataki wrogo nastawionych klanów przybierały coraz częściej, a on jako strażnik bezpieczeństwa musiał się w tą sprawę zaangażować. Wreszcie w jego nudnej pracy zaczęło się dziać coś ciekawego. Nie było dnia, żeby nie wyjechał z oddziałem na patrol, a uzbrojone helikoptery praktycznie nie znikały z nieba. Codziennie był angażowany w jakieś to mniej, to bardziej niebezpieczne walki, z czego czerpał ogromną satysfakcję. Najwięcej problemów sprawiał wówczas czerwony Król wraz ze swoją bandą, zwaną potocznie HOMRĄ od nazwy baru, w którym mieli swoją siedzibę. Bijatyki z tymi smarkaczami dostarczały Fushimiemiu największej rozrywki - uważał ich bowiem za godnego siebie przeciwnika.
Nie trudno zauważyć, że nasz Saru jest troszkę zapatrzony w siebie, co nie? Ale przecież właśnie to w nim kochamy!! ....... co nie?
Chociaż nasz Fushimi miał teraz ręce pełne roboty, stare, dobre (lub nie) patrole nadal go obowiązywały. Tak więc kiedy tylko oddział się rozproszył, a porucznik oficjalnie zakończył akcje na dzisiejszy dzień, mężczyzna był zmuszony kontynuować swoje obchody. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu zawsze zachodził w tą samą uliczkę, w której spotkał chłopca, mówiącego o księżycu. Czyżby liczył na to, że zobaczy go jeszcze raz? Cóż, było to całkiem możliwe. Niestety Saruhiko miał pecha, ponieważ przez te kilka lat nie dostał nawet żadnej wskazówki, która by wskazywała na to, dziecko chociażby postawiło tam stopę. Nawet dzisiaj obchodził uliczkę już chyba z szósty raz z kolei i kiedy już zamierzał się poddać i wrócić do centrum, znowu to usłyszał. Znowu śpiew.
Saruuu... ty jesteś pewien, że nic nie bierzesz?
Choć dotykam ognia świecy, ból nie zjawia się.
Czy skwar słońca, czy chłód zimny, ani drgnę. 
Ale serce trawi męka, choć nie bije, jednak pęka. 
I choć wiem, że zimny ze mnie trup, 
To przed łzami nie uchroni nawet grób.
W takich momentach swojego życia Fushimi czuł się jak zwycięzca. W jego głowie brzmiało teraz jedynie: "wiedziałem! wiedziałem!". Jednak, aby poczuć się w pełni usatysfakcjonowanym, potrzebował jeszcze małego, istotnego szczegółu. Chłopaka. Jak to możliwe? Piosenka była, a po śpiewającym ani śladu? Policjant nie należał do najcierpliwszych, dlatego gdy przez najbliższe pięć minut nie wydarzyło się nic ciekawego, zaczął nawoływać dziwnego chłopaczka.
- Wiem, że tu jesteś! Pokaż się!
Jak na zawołanie przy jednej z niewielu latarni zamajaczyła ludzka sylwetka. Saruhiko wyraźni czuł bicie własnego serca, gdy się do niego zbliżał. Dlaczego reagował tak emocjonalnie? Nie widział go tyle lat... czyżby po prostu tęsknił? Nie, to niedorzeczne! Przecież rozmawiał z nim tylko raz i ogólnie wcale go nie znał. Jednak coś sprawiało, że kiedy stojąca pod latarnią postać na niego spojrzała, policjant mimowolnie się uśmiechnął. Chłopak prawie w ogóle się nie zmienił. Nadal był tak samo rudy, tak samo wychudzony i miał tak samo złote oczy co dziewięć lat temu. Tylko wzrost mu się zmienił, chociaż szczerze to nadal nim nie grzeszył.
- Jak się nazywasz?
Zapytał Saruhiko, w sumie nie zastanawiając się nad tym co robi. Może chciał pozbyć się tej dziwnej atmosfery, która zdążyła już miedzy nimi osiąść?
- Przecież już się znamy.
Odparł chłopak, odwzajemniając uśmiech Fushimiego.
- Jest pan dowódcą drugiego oddziału w SCEPTER4. Jeden z niebieskich, Saruhiko Fushimi. Jednak pana imię zbyt długo się wymawia. Wolałbym mówić Saru.
Policjant skrzywił się, słysząc słowa, wypowiadane z ust zagadkowego chłopaka. Miał się bawić w jakieś ksywki z nieznajomym? I skąd on w ogóle znał jego imię...
- Śledziłeś mnie?
Rudzielec zaśmiał się cicho, a po plecach mężczyzny przeszedł dreszcz. Coś było w tym chłopaku... coś dziwnego.
- Ależ skąd, Saru! Opowiedział mi wszystko o tobie.
Policjant spojrzał na niego ze znakiem zapytania w oczach, puszczając mimo uszu fakt, że chłopak zwrócił się do niego tą dziwną ksywką. Jednak tamten zamiast udzielić odpowiedzi, wskazał na niebo i widniejący na nim duży, okrągły Księżyc. Saruhiko przewrócił oczami w geście podirytowania. No tak... znowu się zaczną te dziwne gadki o Księżycu.
- Ja jestem Yatagarasu, ale możesz mi mówić Misaki.

- Yatagarasu?
Policjant miał dziwne wrażenie, że już gdzieś słyszał to nazwisko.

- Misaki.
Wymamrotał chłopak z wyrzutem i odszedł trochę od latarni.
- Yatagarasu dziwnie brzmi... Nie lubię kiedy ktoś mnie tak nazywa.
- Dobra, dobra, skończmy już tą bezsensowną gadkę. O co ci w ogóle chodzi?
Mężczyzna tracił powoli resztki swojej i tak już nadszarpniętej cierpliwości. Im dłużej tutaj stał, tym bardziej miał wrażenie, że marnuje swój cenny czas.
- Mi? Przecież  to ty mnie zawołałeś.
Rudzielec zaśmiał się po raz kolejny, co zaczęło powoli irytować naszego bohatera.
- Dobra, dosyć już tego, idę stąd!
Cierpliwość policjanta doszczętnie się wyczerpała, dlatego odwrócił się na pięcie, chcąc jak najszybciej odejść z tego miejsca.
- A kupi mi pan deskorolkę...?


A/N: Nie musicie mi tego mówić, wiem, że spieprzyłam sprawę. Pomysł miałam genialny, ale zero koncepcji jak go rozwinąć. W tym rozdziale praktycznie nic się nie dzieje i wyraźnie widać w którym miejscu skończyły mi się pomysły. Opis ich drugiego spotkania do dupy, zakończenie do dupy. A miało być tak pięknie... Cóż, może następną część uda mi się napisać lepszą. Mam tylko nadzieję, że obecna nie zrazi Was do kontynuowania tej historii.

1 października 2014

In Spider's Web [ClaudexAlois]

Tytuł: In Spider's Web
Postacie: Alois Trancy / Claude Faustus
Anime: Kuroshitsuji II   Status: w toku
Typ: one-shot   Gatunek: smut / slash
Ostrzeżenia: scena seksu   Ilość słów: comming soon
A/N: Dawno mnie tu nie było... Ale wynagrodzę Wam.
Dokończę tego one-shota i zrealizuję kolejne plany.



Alois. Na pierwszy rzut oka zwykłe imię. Może je mieć każdy od małego chłopca, po dorosłego mężczyznę. Kiedy wpada w ucho, nie wydaje się szczególnie wyjątkowe. Ot takie zwyczajne, ludzkie imię. Jednak nie każdy Alois jest nim naprawdę. Młody panicz Trancy żył codziennie z cudzym imieniem, przylepionym do twarzy. Udało mu się oszukać wszystkich, ponieważ tak naprawdę nikt już nie pamięta, że pod tą maską skrywa się zwykłe dziecko o imieniu Jim Macken. Chociaż nie, wróć. Jima już nie ma. Zniknął z tego świata z chwilą, kiedy młody panicz wymazał go z pamięci. Od zawsze żył tylko i wyłącznie słynny hrabia Alois Trancy! Tak różny, od tamtego nieudacznika!  Sprytniejszy od niego! Silniejszy! Tak więc niech Was te dwie postacie nie zmylą - jest między nimi zasadnicza różnica.
***
Alois obudził się w samym środku nocy, wyrwany z głębokiego snu przez koszmar. Znowu. Znowu ten sam sen! Nawiedzał go już od kilku miesięcy i z dziwnego powodu nie chciał przestać. To był jeden z tych rodzajów koszmarów, z których człowiek budzi się z wrzaskiem. Jednak teraz młody panicz leżał cicho i nieruchomo, wlepiając duże oczy w rzeźbione sklepienie sufitu. Nie wiadomo czemu zareagował inaczej niż zwykle, prawdopodobnie nawet on nie wiedział co ustanowiło ten wyjątek. Dookoła było ciemno. Chociaż nie... "ciemno" to za słabe słowo, aby opisać otaczający go mrok. Niektórzy powiedzieliby, że to nie była zwykła ciemność, ale "ciemność do potęgi". Jednak takie stwierdzenie wydaje się dość dziwne dla panicza, toteż jak najszybciej wylatuje mu z głowy. Tak właściwie dlaczego nic nie widzi? Przecież Claude zostawił mu wieczorem świecznik przy łóżku. Zerknął w prawo i zauważył zgaszone świece. No tak... pewnie podmuch wiatru je zgasił. Ale wracając do tematu... O czym to tak młody hrabia rozmyślał? A o swoim śnie. Kolejny raz w jego marach nocnych pojawił się wielki pająk, który pożera niebieskiego motyla. Może z innej perspektywy taka rzecz nie wydaje się szczególnie straszna, jednak w przypadku Aloisa stanowiło najgorszy koszmar dla jego rozerwanych skrzydeł. 
Mimo, że nie zawsze zachowywał się zgodnie ze swoim wiekiem, to i tak był w końcu jeszcze dzieckiem. Dlatego normalne było to,  że po ponownym odtworzeniu całego snu w głowie, zaczął płakać że strachu. W tej chwili cała wcześniejsza obawa o brak reakcji Aloisa poszła wąchać kwiatki od spodu. Jednak na łzach się nie skończyło. Po chwili po korytarzach poniósł się przeraźliwy krzyk, który oznajmił całej posiadłości (a kto wie czy nawet i nie tej niewielkiej części lasu, znajdującej się za nią), że panicz rodu Trancy już nie śpi. Zdawało się, że krzyki będą trwać w nieskończoność i w momencie, w którym każdy to sobie uświadomił... nagle ustały. Alois usiadł po turecku na łóżku, zastanawiając się czemu jeszcze nikt nie przyszedł zobaczyć jak bardzo cierpi. Czyżby nawet służba nie miała ochoty przebywać w jednym pokoju z tym rozkapryszonym dzieciakiem? Jednak był ktoś taki, kto nie miał wyboru. Ktoś, kto musiał towarzyszyć młodemu hrabi w każdej chwili jego życia. Claude Faustus. Demon. Lokaj odziany w czerń. Cholerny perfekcjonista z dziwnymi upodobaniami. Łączył go z paniczem pewien pakt i pewnie właśnie dlatego wchodził teraz po schodach po to, by za chwilę zapukać do sypialni Aloisa.
- Wejść.
Lokaj otworzył drzwi, gdy otrzymał pozwolenie.

cdn.

13 stycznia 2014

Wszystko, czego sobie zażyczy... 2 [SebastianxGrell]


Tytuł: Wszystko, czego sobie zażyczy...
Postacie: Grell Sutcliff / Sebastian Michaelis
Anime: Kuroshitsuji   Status: zakończone
Typ: partówka 2/2   Gatunek: smut / slash
Ostrzeżenia: scena seksu   Ilość słów: 1903
A/N: To ff miało zbyt dużo części jak na partówkę. 
I były strasznie krótkie. Dlatego skleiłam wszystko 
do dwóch rozdziałów.


Były takie dni, kiedy jego cierpliwość sięgała już zenitu. Herbatka za gorąca, zupa za słona, gazeta nie tak złożona, sznurówki źle zawiązane.... Sebastian słyszał te bezpodstawne oskarżenia już tyle razy... Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że wszystko przygotował nienagannie bez najmniejszego błędu. Był również świadomy tego, że to panicz próbował wyprowadzić go z równowagi. Zaskakujące... Mimo, iż Ciel nigdy w życiu by się do tego nie przyznał, między nim a Aloisem dało się zauważyć pewne podobieństwo. Zwłaszcza jeśli chodzi o stosunek względem swoich kamerdynerów. Co prawda jego panicz nie był tak opryskliwy i dziecinny jak tamten smarkacz, ale w jakimś stopniu próbował wyprowadzić go z równowagi na bardzo podobnych zasadach. Owszem. Były takie dni, kiedy Sebastian miał wrażenie, że już więcej nie wytrzyma wśród śmiertelników. Jednak dzisiejszy wieczór na statku miał to wszystko nadpisać - na dodatek piórem z czerwonym atramentem. Mimo wszystko lokaj postanowił zwyczajnie o tym nie myśleć. A skoro i tak przypuszczał, że to kobieto-podobne-coś spędzi sporo czasu na właściwym "przyszykowaniu się na tę wyjątkową okazję" postanowił, że on, jako przykład idealnego lokaja, zdąży zanieść swojemu paniczowi nieszczęsną filiżankę herbaty. Do kajuty Ciela zapukał punktualnie o szesnastej. Oczywiście wszedł dopiero po tym, jak usłyszał ciche, może nawet nieco znudzone "wejść". Lokaj posłusznie wykonał rozkaz, uchylając drzwi i wchodząc w głąb pomieszczenia.
- Paniczu, przyniosłem her---
- Ma być zadowolony, jasne? Nie chcę mieć później tego natręta na karku.
Młody hrabia przerwał mężczyźnie w połowie zdania.
- Oczywiście, mój panie. 
Odpowiedział Sebastian, stawiając filiżankę z herbatą na biurku. Cóż... widocznie Ciel już o wszystkim wiedział. I w sumie to nawet nie dziwne, ponieważ zaledwie chwilę temu shinigami latał podniecony po całym statku i jak czerwony cyklon obwieszczał wszystkim pasażerom (nie ważne na kogo trafił), że dzisiaj "jego miłość zostanie przypieczętowana w uścisku pełnym pasji". Panicz wziął filiżankę i delikatnie dmuchnął w złotawy płyn. Wyprosił lokaja gestem dłoni, po czym całą swoją uwagę skupił na aromacie earl grey'a. Natomiast biedny Sebastian odszedł jak niepyszny, odniósł tacę do kuchni i, chcąc mieć to jak najszybciej za sobą, pojawił się przed drzwiami kajuty, w której zadomowiło się to czerwone dziwadło.
- Będzie zadowolony, paniczu...
Wysyczał dźwięcznie z podejrzanym uśmieszkiem, po czym położył dłoń na chłodnej klamce.
- Cholernie zadowolony...
Sebastian już miał wejść do środka, gdy nagle przypomniał sobie, że jest coś, co nie będzie dawało mu spokoju i przez co nie będzie mógł się skupić na wykonaniu rozkazu. A mianowicie kuchnia. I  to nie jakaś tam zwykła kuchnia..... bo niewysprzątana! Tak więc zamiast pójść od razu do kajuty czerwonego, lokaj najpierw wstąpił do owej kuchni, zamierzając zrobić wszystko jak należy. Był w końcu piekielnie dobrym lokajem, który na pewno nie pozwoli takiemu ważnemu pomieszczeniu na obrastanie w brudzie! Grell będzie musiał trochę poczekać, ale demon jakoś zbytnio się tym nie przejął. Tak więc w milczeniu pozmywał naczynia, pochował je do odpowiednich szafek, wypolerował sztućce i wytarł wszystkie blaty. Dopiero gdy można było wręcz jeść z podłogi, zdecydował się wykonać jakże niewygodny dla niego rozkaz. Nie minęło pięciu minut, a Sebastian był już na miejscu. Nie trudził się z pukaniem, taki szkodnik w końcu na to nie zasługiwał. Oczywiście poskutkowało to odpowiednią reakcją Grella:
- Ej, ty oziębły!  Ja jestem DAMĄ! Dżentelmen puka, zanim wejdzie do pokoju damy! Niegrzeczny chłopiec z cie-bie!
Zaświergolił i delikatnie się zarumienił. Sebastian westchnął cicho pod nosem, po czym zamknał drzwi od kajuty na klucz.
- Nie mów mi, że nagle zrobiła się z ciebie taka cnotka.
Zakpił, a w odpowiedzi dostał kolejną falę przesłodzonego chichotu.
- Widzisz, Sebastianku, niektóre damy wiedzą jak się zabawić, ale mimo wszystko pragną prywatności, by zaskoczyć swoich mężczyzn.
Mówiąc to, shinigami wyplątał się spod kołdry, w którą był wcześniej opatulony i podszedł do demona... może trochę bliżej niż należało. Towarzyszył mu przy tym stukot obcasów. Lokaj zlustrował go od stóp do głowy. Okazało się, że to coś wbiło się w czerwony gorset, kabaretki, również czerwoną spódniczkę i wysokie, około piętnasto-centymetrowe, szpilki. Obok niego leżała pusta torba, z którą to się przedtem obnosił. No i wszystko jasne.  Sebastian prychnął na ten widok. Co on niby chciał zyskać tym strojem? Liczył, że to zadziała na kogoś takiego jak Sebastian? Na demona?! Żałosne. Typowo ludzki, żałosny tok myślenia.
- Obserwujesz mnie...
Wyszeptał zmysłowo czerwonowłosy, podchodząc do niego powoli.
- To tylko czysta formalność, nie wyobrażaj sobie.
Odpowiedział chłodno demon, po czym zdjął rękawiczki. Oczywiście zębami, inaczej przecież tego nie robił. A Grell? Grell zareagował jak zwykle - silnym krwotokiem z nosa. Sebastian uśmiechnął się kpiąco i przyciągnął żniwiarza do siebie, zlizując krew z jego twarzy. Tymczasem shinigami poczuł, że robi mu się twardo... Nie mógł uwierzyć, że to naprawdę się stanie. Wpatrywał się w Sebastiana z niemalże nabożną czcią odkąd pamiętał, a takie sytuacje jak ta mogły się wydarzyć tylko i wyłącznie w jego snach. Tym razem sen się ziści. Marzenie stanie się rzeczywistością. Aach! Już nie mógł się doczekać! I gdyby to od niego zależało, wziąłby lokaja nawet tu, na podłodze. Jednak chciał w pełni oddać się demonowi, a jego ciekawość była silniejsza niż wszystkie pierwotne instynkty. Grell po prostu marzył o tym, aby to Sebastian przejął pałeczkę i dominował podczas tej nocy. Czuł dokładnie palący wzrok czarnowłosego, starał się zapamiętać każdy jego dotyk. I w tej właśnie chwili był wdzięczny za swoje częste krwawienie z nosa. Bliskość demona oddziaływała na shinigamiego tak silnie, że miał wrażenie, że zaraz nie wytrzyma. Jednak nie chciał nic robić, bo to oznaczałoby koniec tej cudownej zabawy. A Sebastian? Sebastian pragnął tylko jednego - skończyć tą bezsensowną grę. Chyba nigdy nie spotkał kogoś równie irytującego co Grell. A pragnę przypomnieć, że demon żył już całkiem dużo czasu. Każda rzecz, która w jakiś sposób kojarzyła mu się ze żniwiarzem doszczętnie go obrzydzała. Tak więc łatwo się domyśleć, że ta noc nie będzie należała do najprzyjemniejszych... szczególnie dla niego. Ale cóż poradzić - był demonem i już nie raz miał takiego typu rozkazy do wykonania. Jednak teraz było to coś zupełnie innego, coś--
- Podniecasz mnie...
Zmysłowy szept Grella wyrwał lokaja z zamyśleń. Czerwonowłosy uśmiechał się znacząco, bez skrępowania penetrując mężczyznę wzrokiem.
- Tak, zauważyłem.
Odparł chłodno zniesmaczony demon, na co w odpowiedzi dostał kolejny drażniący uszy, przesłodzony chichot.
- Więc... prawdziwy mężczyzna nie pozwoliłby damie cierpieć i zrobił coś z tym, prawda Sebastianku?
- Owszem, ale ty nie jesteś damą.
Rzucił najchłodniej jak się dało.
- Bardziej porównałbym cię do ladacznicy.
- Aach, skąd wiedziałeś, Sebastianku?! A z resztą.. po co ja się pytam, przecież zawsze byłeś taki mądry!
Sebastiana zmroziło, jednak nie dał tego po sobie poznać. Przy tym czerwonym zboczeńcu naprawdę nie można niczego powiedzieć! Widok Grella, dorabiającego sobie na boku, przyprawił go o mdłości. Ale nie na to teraz była pora. Czas przejść do rzeczy. Lokaj bez słowa wziął czerwonego na ręce i bezceremonialnie rzucił go na łóżko.
- Ty brutalu...!
Sapnął tamten, nakręcając się jeszcze bardziej. Nie odpowiadając ani słowem, Sebastian zdjął z niego spódnice, gorset oraz bieliznę, pozostawiając jedynie szpilki i kabaretki, na co shinigami widocznie się zarumienił. Z  lodowatą miną lokaj wziął wstążkę w czerwono-białe paski, należącą do Grella i przywiązał nią właścicielowi ręce nad głową, przez co ten nie mógł nic zrobić. Zarówno węzeł, jak i rama łóżka były na tyle mocne, że żniwiarz miał naprawdę ograniczone ruchy. Lokaj zaczął błądzić palcem w okolicach klatki piersiowej Grella, ale najwidoczniej szybko mu się to znudziło, ponieważ po chwili zastąpił palec swoim językiem. Wodził nim wokół jednego sutka mężczyzny, by po chwile przenieść się nieco niżej i zataczać kółka wokół jego pępka. Towarzyszyły temu krótkie, urywane jęki dopieszczanego. Sebastian zszedł językiem jeszcze niżej, w końcu docierając do męskości czerwonowłosego. Gdy to się stało, Grell krzyknął, otwierając szeroko oczy. Już teraz czuł się jak w niebie, a przecież to dopiero początek. Demon albo bardzo dobrze tłumił wszelkie emocje, albo najzwyczajniej nie czuł nic. Trudno to było określić. W tej chwili pieścił męskość shinigamiego, wodząc językiem po całej długości. Jęki, które słyszał w pewien sposób na niego oddziaływały. Po chwili bawił się chwile główką, zasysając ją delikatnie, ale i ta czynność szybko została zastąpiona przez przyjęcie całego członka do ust. Grell krzyczał tak głośno jak potrafił, dlatego Sebastian nagle wstał bez słowa, zwinął czerwoną torbę w kulkę i bezceremonialnie wepchnął mu do ust.
- Jeszcze cię ktoś usłyszy.
Wytłumaczył się, po czym nie wrócił do łóżka, ale podszedł do drzwi, przy których leżała srebrna taca. Kiedy ją tu przyniósł? Kiedy zdążył ją tam położyć? Cóż... to już była tajemnica demona. Nie minęło kilku minut, a lokaj wracał do "kochanka" z niedużą miseczką wcześniej przygotowywanej czekolady.
- Przez ciebie już i tak do niczego się nie nada.
Powiedział, maczając dwa palce w misce. Wolną ręką obrócił Grella na brzuch, nie dbając o taki szczegół jak delikatność czy zaciskające się węzły. Lekko uniósł jego biodra do góry i rozsmarował czekoladę na jego wejściu. Shinigami cały się spiął. Powstrzymując łzy wydał z siebie krzyk, który został zagłuszony przez torbę. Demon, czekając aż czekolada zaschnie, wspiął się plecach żniwiarza i cicho wyszeptał mu do ucha:
- Witaj w piekle...
Nikt nie powiedział, że Sebastian też nie może wziąć korzyści z tej sytuacji. Z tą myślą w głowie wgryzł się mocno w szyję Grella. Chociaż nie chciał już żyć tak jak dawniej, pochłaniając jedną duszę za drugą, nie miał nic przeciwko małym przyjemnością. Nie wypił dużo - tylko tyle, ile potrzebował. W końcu i tak zrobił coś, co znacznie wykraczało poza dany mu rozkaz. Miał się odpowiednio zająć Grellem, a nie wykorzystać go do spełnienia własnych potrzeb. Tak więc demon powtórnie skupił się na swoim "kochanku". Zaczął powoli zlizywać czekoladę, przez co shinigami, poruszony wieloma doznaniami, czuł, że lada chwila nie wytrzyma.
- Nie dochodź.
Warknął Sebastian, gdy zauważył w jakim stanie jest jego partner. Grell pisnął cicho, po czym strasznie się spiął, usiłując spełnić rozkaz demona. A warto dodać, że było to dla niego niemałym wysiłkiem, ponieważ dotyk i pieszczoty lokaja rozpalały ciało i pobudzały każdą jego komórkę. Sebastian niezbyt delikatnie odwrócił czerwonego przodem do siebie, po czym zsunął swoje spodnie i wszedł w niego bez ostrzeżenia. Nie czekał aż żniwiarz się przyzwyczai. O nie, to nie było w jego naturze. Demon od razu zaczął się poruszać, wchodząc w niego głęboko, do samego końca. Grella przeszył kujący ból, jednak w dalszym ciągu jego krzyki zagłuszała torba, którą zdążył mocno obślinić. Musiało trochę potrwać zanim się przyzwyczaił, jednak gdy to nastąpiło, zagłuszany krzyk zamienił się w pełne zadowolenia sapnięcia i westchnienia. Jęczeć niestety nie mógł. Doszli oboje w tym samym momencie z tą różnicą, że Sebastian zrobił to we wnętrzu "kochanka", a Grell...
- Ubrudziłeś się...
Powiedział demon z niesmakiem, po czym przejechał językiem po brzuchu czerwonowłosego. Wyjął Grellowi torbę z ust i wpił się w jego usta, dzieląc się z nim lepką substancją. Żniwiarz nareszcie mógł wydać z siebie coś więcej niż zagłuszane krzyki i urywane sapnięcia, jednak pierwsze co zrobił, to odwzajemnił pocałunek, mrucząc jak rasowy kot. Sebastian nie chciał dawać mu tej przyjemności zbyt dużo. Bez cienia wykończenia na twarzy wstał, poprawił ubranie i wyszedł, zabierając ze sobą tacę. Nareszcie miał wszystko z głowy. Tymczasem Grell leżał na łóżku, dysząc ciężko z rozanieloną miną. Dostał kolejnego krwotoku z nosa, ale nawet się tym nie przejął. Myślami był kilka minut wstecz. To było takie niesamowite!
- Cu-dow-ny...
"Ojj... czekaj na mnie jutro, Sebastianku. Obiecuję ci powtórkę z rozrywki!" - przemknęło mu przez myśl zanim zasnął.