Pokazywanie postów oznaczonych etykietą yaoi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą yaoi. Pokaż wszystkie posty

28 lipca 2015

Proch

Tytuł: Kości [Proch]
Postacie: Saruhiko Fushimi / Misaki Yatagarasu
Anime: [K] Project  Status: zakończone
Typ: partówka [2/2] Gatunek: slash / songfic / fantasy / BDSM
Ostrzeżenia: scena seksu / BDSM  Ilość słów: 4391
A/N: Pisanie sprawia mi coraz więcej trudności. Zaczęłam się nawet zastanawiać czy nie dać sobie spokoju z tym blogiem i zwyczajnie go zostawić. Z góry przepraszam wszystkich, który we mnie wierzyli, jak i tych, którzy nadal we mnie wierzą. Smutno mi, ponieważ chcę pisać, ale nie wiem jak. Doskonale widać to w tym opowiadaniu. Oczywiście jak zwykle pod koniec podekscytowałam się jak blisko zakończenia jestem i spieprzyłam. Przepraszam Was za to.

Od ostatnich wydarzeń minęło parę miesięcy. Saruhiko z całych sił starał się wyrzucić ze swoich myśli podejrzanego chłopaka, jednak nie było to takie łatwe, jak na początku przypuszczał. Przywidzenia, których wcześniej doświadczał, nie zniknęły – nadal wszędzie dostrzegał ogniste włosy rudzielca, a jego imię wyłapywał z gazet i ulicznych reklam, nie do końca świadomy tego, że w istocie było na nich napisane coś zupełnie innego.
No no, nieźle Saru. Jeszcze trochę, a pomyślę, że się najzwyczajniej w świecie zabujałeś.
Oczywiście zainteresowanie policjanta wzrosło co najmniej dwukrotnie, ale tym razem do tego uczucia dołączyło jeszcze jedno – złość. Mężczyzna był zły na Yatagarasu za to, że nie raczył mu niczego wyjaśnić. I jeszcze ta głupia gadka o deskorolce! Tajemniczy chłopak zachowywał się jak zwyczajny dzieciak, a mimo wszystko, Fushimi w takich gówniarzach nie gustował. Jednak było w nim coś takiego, co nie pozwalało policjantowi skupić się na codziennych obowiązkach i bezczelnie odganiało jego myśli do ich ostatniego spotkania. Kiedy tylko Saruhiko usłyszał to schematyczne pytanie o głupią deskę na kółkach, zwyczajnie odwrócił się na pięcie i odszedł, nie zwracając uwagi na płaczliwe nawoływania Yaty. „Nie, proszę pana! Proszę mnie nie zostawiać! On… on mnie znowu ukarze, jeśli wrócę do baru o tej porze! Księżyc będzie na mnie zły…”. Te słowa jak na złość nie chciały wypaść Saruhiko z pamięci. O co mu do cholery mogło chodzić?! Pewnie gdyby nie ta ciekawość, policjant już dawno dałby sobie spokój z dziwnym chłopaczkiem i jego gadaniem o księżycu. Coś niewątpliwie go do niego przyciągało. Nie mówiąc już o tym, że nadal był pewien, że gdzieś już słyszał jego nazwisko.
Był dwudziesty trzeci lipca. Pogoda wyjątkowo dopisywała, ukazując środek lata godny małej wysepki, na której pomieściła się ludzkość po wybuchu krateru. Nawet w tak gorące dni Fushimi Saruhiko nie był zwolniony z pełnienia swoich obowiązków w Berle. Akurat tego dnia był wykończony. Czerwony Król wraz z całą bandą smarkaczy z HOMRY sprawiali coraz więcej kłopotów, przez co policjant miał swoje nocne dyżury codziennie, aż do białego rana. Skończyło się na tym, że tego dnia spał niecałą godzinę, dlatego teraz nie miał innego wyjścia jak postawić cały swój poranek na trzech kubkach kawy. Aktualnie siedział przy swoim biurku, dopijając jeden z nich i przeglądając raporty z ostatniego miesiąca. Papierkowa robota… jak on jej nienawidził. Skoro już i tak jeździł na akcje i patrole, po co wcisnęli mu jeszcze szperanie w dokumentach?! Ale cóż, nie mógł nic z tym zrobić. Fushimi, psiocząc pod nosem na organizację Niebieskiego Króla, zaczął segregować raporty i odkładać je na kupki z odpowiednimi miesiącami. Kiedy spinał stosik z marca, poczuł czyjąś obecność za plecami.
- Saruhiko, mam dla ciebie zadanie.
Mężczyzna nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć do kogo należał ten głos. To był Reishi Munakata, Król o niebieskiej mocy, którego to dosłownie przed chwilą policjant mieszał z błotem. Saruhiko niezbyt przejął się tym, że jego szef prawdopodobnie usłyszał każde słowo, jakie padło. On ogólnie nie zaprzątał sobie głowy większością spraw, mając wszystko w głębokim poważaniu.
- Jakie znowu zadanie? Dopiero co wróciłem z patrolu w trzydziestej czwartej dzielnicy. Wiesz dobrze jak tam jest... Ledwo żyję, a ty znowu chcesz mnie gdzieś wkopać?
Saruhiko obrócił się na krześle, patrząc swojemu Królowi prosto w oczy.
- Niestety dobrze wiesz, że brakuje nam ludzi. Poza tym myślę, że akurat ta sprawa przypadnie ci do gustu.
- Ehh… więc o co tym razem chodzi?
- Mamy kłopoty w czternastej dzielnicy. Mieszkańcy skarżą się na ciągłe krzyki i płacz.
Oczy znudzonego policjanta natychmiast się ożywiły. Czternasta?! Przecież to właśnie tam jest HOMRA! Cóż… Reishi zasłużył na przeprosiny, zadanie rzeczywiście brzmiało obiecująco.
- Niech przygotują mi mundur.
Fushimi odłożył dokumenty do szuflady swojego biurka, wstał z krzesła i poszedł prosto do przebieralni, odprowadzany przez triumfujący wzrok Niebieskiego Króla.
Nasz kochany Saru czasami potrafi być taki przewidywalny! Według mnie ta cecha czyni go wyjątkowo uroczym. A Wy co o tym sądzicie?
Czternasta dzielnica nie charakteryzowała się niczym szczególnym. Ot kilka bloków, wybudowanych jeden obok drugiego. Mały sklepik z najpotrzebniejszymi rzeczami oraz ulica z dwuetapowym przejściem dla pieszych. Bloki poustawiano tam w taki sposób, że sąsiedzi mogli zaglądać w okna mieszkańców naprzeciwko. Ścisk był na tyle duży, że ledwo dało się wjechać samochodem w poboczne uliczki. Za to główna jezdnia była szeroka na co najmniej cztery auta, stojące obok siebie, do tego miała jeszcze chodnik dla pieszych. Na pierwszy rzut oka normalna dzielnica, jednak zawierała w sobie jeden jedyny budynek, który nie pasował do reszty otoczenia. Na samym rogu ulicy, w miejscu, gdzie główna droga krzyżowała się z wąskimi przejściami, stał czerwony bar z ogromnym szyldem, na którym ledowe lampki tworzyły napis: „HOMRA”. Miejsce to było inne, odmienne od reszty dzielnicy, przez co przyciągało wielu ludzi. Jednak tak naprawdę nikt poza członkami Ognistego Płomienia nie odwiedzał tego baru. Zbyt wielki strach budził w mieszkańcach Suoh Mikoto, Czerwony Król, wraz ze swoją bandą „przydupasów”. Tak więc HOMRA była pozbawiona niepotrzebnych gapiów. Okazało się, że ludzie są dość mądrzy, żeby odpuścić sobie tanie whisky na rzecz własnego zdrowia, a czasami nawet i życia. Fushimi Saruhiko, który przechadzał się po ulicach czternastej dzielnicy, wydawał się nie pasować do otoczenia jeszcze bardziej niż budzący strach bar na skrzyżowaniu. Jego niebieski mundur zbyt mocno odznaczał się na ceglanych budynkach i na samej HOMRZE. Błękit nie pasował do czerwieni i chociaż mężczyzna doskonale zdawał sobie z tego sprawę, w tej właśnie chwili cieszył się jak dziecko, że został wysłany akurat w to miejsce.
Choć dotykam ognia świecy, nie wiem co to ból. 
Nie poczuję, choćbyś sypał w rany sól…
Chwila moment, ten śpiew mógł oznaczać tylko jedno… Ale w takim razie, co Yatagarasu robił w takim miejscu jak to!? To nie był jego świat, zwłaszcza, że Fushimi był przekonany, że chłopak nie chciał się oddalać od tamtej alejki, w której to już dwa razy się spotkali. Jednak tym razem rudzielec się nie zjawiał. Policjant czekał i czekał, ale nie wyczuł żadnego śladu jego obecności. Czyżby coś się… stało? A z resztą, nie będzie się gówniarzem przejmował! Potyczka z samym Czerwonym Królem była dla niego o wiele ważniejsza. A przynajmniej w tej chwili.
Saru… ty to jednak jesteś wredny. Kiedy tylko pomyślisz o własnych korzyściach, od razu zapominasz o innych!
Fushimi zdawał sobie sprawę z tego, że powinien mieć ułożony jakiś plan działania. Jakikolwiek. Jednak postanowił nie zaprzątać sobie głowy takimi rzeczami i po prostu działać spontanicznie. Chciał improwizować, tak jak w większości wykonywanych akcji. Czyż nie mógł sobie wymarzyć lepszej pracy? Praktycznie robił wszystko, na co miał ochotę, bazując jedynie na własnym przeczuciu! No… nie licząc roboty w biurze, oczywiście. Policjant zbliżył się do barowego szyldu z zamiarem podsłuchania co się dzieje w środku. Kiedy tylko znalazł się bezpośrednio pod drzwiami, zaatakował go słodkawy zapach taniego alkoholu. Nawet nie wiedział, co to dokładnie było. I właśnie wtedy Saruhiko usłyszał krzyk. Poczuł dziwne kołatanie w sercu w chwili, kiedy zdał sobie sprawę z tego, że skądś znał ten głos. W jednej sekundzie jego nogi zrobiły się miękkie jak z waty, chociaż sam nie wiedział czym tak właściwie się przejął. Z najgorszymi obawami podszedł do okna i zajrzał przez nie do wnętrza baru. Okazało się, że to co zobaczył miało go prześladować już do końca życia.
Ojoj, Saru… czyli nawet ciebie potrafi coś zaskoczyć? Jestem w szoku!
Wnętrze baru było spowite półmrokiem. Tylko w niektórych miejscach pozapalano małe, czerwone lampiony, a na ladzie umieszczono cztery grube świece, nie trudząc się nawet czymś takim jak świeczniki. Światło, jakie dawały te rzeczy nie było w stanie oświetlić całego pomieszczenia, ale za to doskonale pokazywało to, co Saruhiko mógł dostrzec od zewnętrznej strony budynku. Yatagarasu. Mały, rudy chłopak o wychudzonej sylwetce, siedział na barowym blacie z przerażeniem w oczach. Był sam, ale na jego nieszczęście, nie na długo. Po jakimś czasie do pomieszczenia weszli Rikio Kamamoto, Tatara Totsuka, Izumo Kusanagi oraz Suoh Mikoto we własnej osobie. Twarz rudzielca obrazowała czysty strach, kiedy patrzył na otaczających go mężczyzn. Zwłaszcza na Czerwonego Króla.
- Byłeś grzeczny, Yatagarasu?
Odezwał się jeden z nich, na co malec skrzywił się i nie odpowiedział.
- Zapomnij, Totsuka, przecież on rozmawia tylko ze swoim „Księżycem”!
Kusanagi ryknął śmiechem, zajmując swoje stałe miejsce za ladą na stanowisku barmana. Mikoto zbliżył się do chłopaka, po czym zgasił papierosa na jego lewej dłoni.  Kiedy rudzielec walczył z cisnącymi się do oczu łzami, Czerwony Król postanowił w końcu się odezwać.
- Rozebrać go.
Fushimi był w szoku, obserwując jak dwójka gówniarzy chwyta tajemniczego chłopaka, który nawet nie raczył temu zaprotestować. Chociaż nie… „raczył” to chyba nie było odpowiednie słowo. O wiele lepiej pasowało „nie ośmielił się”. Tak więc, Yatagarasu nie ośmielił się sprzeciwić, gdy mężczyźni przynieśli z zaplecza kajdany i skuli nimi jego nogi. Chłopak wręcz sprawiał wrażenie, jakby był do tego wszystkiego przyzwyczajony.
- Co to ma być? Tak jak zawsze.
Totsuka i Kamamoto skinęli głowami, po czym dodatkowo przytargali jeszcze jakiś gruby łańcuch, który zaplątali wokół kajdanek i zawiesili na haku pod sufitem. Takim to sposobem Misaki był zmuszony opierać się łokciami o ladę barową, mając całą resztę ciała w górze w dość krępującej pozycji. Policjant dopiero teraz zauważył liczne siniaki i otarcia na ciele chłopaka. Oczywiście od razu zorientował się, co zamierzał zrobić Czerwony Król. Z resztą nie trzeba specjalnie się zastanawiać, żeby na to wpaść. Dlatego, jako osoba zapewniająca bezpieczeństwo, mężczyzna powinien jak najszybciej interweniować, ale… No właśnie: „ale”. Problem tkwił w tym, że cała ta sytuacja cholernie mu się spodobała. Fushimi najzwyczajniej zdążył zbyt mocno się nakręcić i aż szkoda mu było zmarnować taką okazję. Nie owijając w bawełnę – widocznie miał w sobie coś z sadysty. Przygryzając dolną wargę, policjant sięgnął ręką do rozporka w swoich spodniach i powoli go rozpiął. Prawo może zaczekać... Natomiast, po drugiej stronie okna, Mikoto zbliżał się powoli do skrępowanego rudzielca, swoją postawą sprawiając wrażenie, jakby nic mu się nie chciało. Z obojętną miną ścisnął go za pośladki, wsłuchując się w zaskoczony pisk swojej ofiary.
- Chyba zagoiło się od ostatniego razu, prawda?
Twarz Misakiego przeszła przerażeniem, jednak mimo tego posłusznie pokiwał głową. Bał się… Tak bardzo się bał. Czerwony Król nie potrzebował niczego więcej do szczęścia. Nie tracąc czasu na bezsensowne gadanie, uderzył rudzielca prosto w twarz, zostawiają krwawy ślad na jego policzku. Ciało chłopaka skuliło się instynktownie, próbując uniknąć ciosu, jednak jego oprawca okazał się szybszy. Misaki nie wydał z siebie żadnego dźwięku, tak jakby doskonale wiedział, że za to oberwie jeszcze bardziej. Pewnie właśnie dlatego w barze słychać było jedynie szczęk kajdanek oraz donośny śmiech trójki pozostałych mężczyzn, którzy najwidoczniej doskonale się bawili. Mikoto wysilił się na uśmiech, po czym pochylił nad malcem i zaczął drażnić językiem jego sutki. Yatagarasu skrzywił się, czując jak zęby oprawcy zaciskają się na jednym z nich. Zaskomlał z bólu, za co ponownie dostał po twarzy. Wiele razy miał takie momenty w życiu, w których zastanawiał się dlaczego on, dlaczego nie ktoś inny. Chciał uciec od HOMRY jak najdalej, jednak wiedział, że nie może tego zrobić. To jego wybrał Księżyc i dlatego to właśnie on musiał znosić to wszystko.
- Siedź cicho, bo jeszcze ktoś cię usłyszy. Już i tak ludzie się na nas skarżą.
Mruknął Czerwony Król, wracając do wcześniejszego zajęcia. Czemu tak właściwie to robił? Nie miał pojęcia. Po kilku latach przewodzenia HOMRZE stwierdził, że brakowało mu w życiu rozrywki. I być może właśnie to było powodem, dla którego znęcał się teraz nad niewinnym chłopakiem. Za którymś razem Mikoto ugryzł go na tyle mocno, że rudzielcowi ostatkiem sił udało się powstrzymać krzyk. Król westchnął zrezygnowany, po czym wyciągnął bandanę z kieszeni kurtki i wepchnął ją Misakiemu do ust.
- Zajmijcie się nim, już mi się znudził.
Mruknął do dwójki swoich „przydupasów”, którzy na tę wiadomość uśmiechnęli się tak, jakby byli małymi dziećmi, którym matka pozwoliła wziąć ostatnie ciasteczko. Kamamoto oderwał świecę z blatu i podszedł do skrępowanego chłopaka. Nie gubiąc podejrzanego uśmiechu, przechylił ją nad jego piersią, wylewając cały wosk na delikatną skórę. Malec krzyknął z bólu, jednak zostało to skutecznie przytłumione materiałem. Czuł wyraźnie jak pali go każdy centymetr skóry – zarówno tej zdrowej, jak i tej przyozdobionej bliznami oraz otarciami. Natomiast Totsuka został na miejscu, nie zamierzając zbliżać się do Yatagarasu. Jedynym co zrobił, było wyciągnięcie niewielkiej kamery i nagrywanie całego zdarzenia. Mikoto patrzył na to wszystko znudzonym wzrokiem. Tyle już widział, że po jakimś czasie przestały go ruszać takie rzeczy. Powodem, dla którego w ogóle to robił, było oglądanie wykrzywionej bólem twarzy. Już dawno zdążył się zorientować, że jako jedyne sprawiało mu to przyjemność. Za to Fushimi czuł, że zaraz oszaleje. Tak naprawdę nic szczególnego się jeszcze nie wydarzyło, a on już zdążył zrobić się twardy. Cholera… był zupełnie jak jakiś prawiczek podczas swojego pierwszego razu! Zaglądając przez okno, wziął swojego członka w palce i zaczął powoli poruszać ręką. Niemalże jak na zawołanie jego ciało zaczęło współpracować. Saruhiko poczuł przypływ podniecenia, który wywołał przyjemny dreszcz na jego plecach. Ahh, już dawno nie robił tego w tak ekscytujących warunkach! Policjant oparł się o ścianę, wodząc palcami po całej długości swojego członka. Tymczasem po drugiej stronie okna zabawa zaczęła powoli się rozkręcać. Świeca, której wosk oparzył pierś Misakiego, została brutalnie wepchnięta w jego wnętrze. Na zapłakanej twarzyczce chłopaka można było wręcz odczytać jak wielki ból w tej chwili odczuwał. Kamamoto pochylał się nad nim, poruszając świecą w jego wnętrzu. Kompletnie nie przejmował się oporem, jaki stawiało ciało malca. Bez skrupułów wpychał w niego przedmiot, rozdzierając delikatną skórę. Misaki był strasznie spięty, przez co mężczyzna zaczął wyobrażać sobie jak wyrzuca świece i zajmuje jej miejsce, sprawiając chłopakowi jeszcze więcej bólu. Kiedy tak patrzył na jego twarz, sam poczuł przypływ podniecenia. W końcu Kamamoto nie wytrzymał i zostawił świecę w spokoju, zajmując się przyniesionym przez Totsukę biczem. Zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby złamał zasadę nietykalności rudzielca, sam zająłby jego miejsce na ladzie. Yatagarasu zaczął piszczeć ze strachu, próbując jednocześnie wzbudzić litość swojego oprawcy. Niestety jak zwykle trafił na niewłaściwą osobę. Mężczyzna uśmiechnął się okrutnie, wymierzając pierwszy cios. Na klatce piersiowej i żebrach rudzielca pojawiły się czerwone pręgi, jednak to mu nie wystarczyło. Uderzenia powtarzały się jeden za drugim, rozdzierając powietrze przerażającym świstem bicza. Chłopak skomlał z bólu, ponieważ tylko tyle mógł teraz zrobić. Kamamoto z okrutnym skupieniem starał się, aby rany na ciele Misakiego wyglądały należycie. Skóra chłopaka porozrywała się od ciągłych uderzeń, brudząc krwią barową ladę. Rudzielec był już na granicy omdlenia i właśnie w chwili, gdy miał sobie pozwolić na tak błogi stan, Czerwony Król zbliżył się do nich, odpychając starszego mężczyznę.
- Już wystarczy, resztę dokończę ja.
Kusanagi zachwiał się niebezpiecznie i chyba tylko łut szczęścia sprawił, że przy swojej masie ciała się nie wywrócił.
- Mikoto, zdążyłem się już nakręcić! Pozwól mi w niego—
- Przypominam ci, że tylko ja mogę go pieprzyć.
Warknął Czerwony Król, na co protestujący mężczyzna natychmiast zamilkł i niechętnie się wycofał. Suoh chwycił za szklankę, po czym nalał sobie bliżej nieokreślonego alkoholu. Popijając, podszedł do skatowanego chłopaka i z wrednym uśmiechem na twarzy wylał na niego to, co mu zostało. Misaki szarpnął się, próbując uciec od bólu, jaki zadał mu trunek w połączeniu z otwartymi ranami. Łzy ciekły mu po brodzie i policzkach, miał wrażenie, że zaraz umrze. Czuł, jak pali go każdy centymetr skóry i w sumie nie wiedział dlaczego tak się dzieje. Przecież odczuwał ten ból już tyle razy, że jego ciało powinno samo się uodpornić. Mikoto oparł ręce na ladzie po obu stronach bioder chłopaka i schylił się, aby szepnąć mu do ucha.
- Yatagarasu…
W tym właśnie momencie Saruhiko zrozumiał, dlaczego rudzielec tak nienawidził swojego nazwiska.
- Księżyc świeci na niebie. On cały czas na nas patrzył. Dlatego wiesz, co będę musiał ci zrobić, prawda?
Misaki przerażony pokiwał twierdząco głową, czując jak wielki ból sprawiał mu tak drobny gest. Za to Czerwony Król uśmiechnął się zwycięsko i wyjął świecę z jego wnętrza.
- Grzeczny chłopiec.
Wyszeptał, po czym wszedł w chłopaka. Saruhiko czuł jak powoli narastała w nim złość. Mikoto od zawsze robił wszystko, na co miał tylko ochotę, ale tym razem to już była przesada. Chciał wejść do baru i odebrać Yatagarasu z jego brudnych łapsk, ale zwyczajnie nie był w stanie. Przez samo patrzenie na całą sytuację, zdążył się mocno podniecić. Czuł jak błogie gorąco ożywia każdą komórkę w jego ciele. Fale duszności i podniecenia przeszywały go jedna za drugą, doprowadzając policjanta do szaleństwa. Na przemian zwalniał i przyspieszał ruchy ręki. Miał wrażenie, jakby właśnie zstępował do najgłębszych czeluści piekieł. Wolną ręką wtargnął pod koszulę, szczypiąc co jakiś czas swoje sutki. Świadomość, że robił coś, czego absolutnie nie powinien, dodatkowo go nakręcała. W końcu nie wytrzymał i zaczął cicho pojękiwać. Jego ciało pokryła gęsia skórka na samą myśl, że ci gówniarze mogli go usłyszeć. Pragnął tego. Chciał, żeby ktoś go przyłapał. W pewnym momencie pragnął nawet wejść do baru i zastąpić Czerwonego Króla. Chociażby na krótką chwilę… Na moment. Wszystkie te chore pragnienia kotłowały się w głowie Saruhiko, doprowadzając go niemalże do obłędu. Nagle mężczyzna poczuł jak przyjemne ciepło zaczęło zbierać się u dołu jego brzucha. Uśmiechnął się do  siebie, po czym oparł głowę o szybę, gwałtownie przyspieszając. Jeszcze tylko kilka ruchów ręką… Był już tak blisko słodkiego spełnienia.
A ja myślałam, że jestem jedyną osobą z dziwnymi fantazjami. Nieźle Saru… już prawie poczułam konkurencję.
Na całym ciele Misakiego pojawił się pot. Czuł jak Czerwony Król bezwstydnie rozdzierał jego delikatne wnętrze. Nie był na to kompletnie przygotowany, a strach sprawiał, że nie mógł w żaden sposób się rozluźnić. Zarówno ból, jak i pozycja, w której został skuty, dodatkowo potęgowały jego przerażenie.
- Yatagarasu… jesteś tak cholernie ciasny.
Wymruczał Mikoto z satysfakcją przyspieszając swoje ruchy. Uśmiechnął się sadystycznie i zlizał z ran gwałconego chłopaka resztkę alkoholu. Ten pisnął przeraźliwie, próbując uciec od tej tortury. Odwrócił wzrok, kiedy Totsuka podszedł bliżej, chcąc złapać dobre ujęcie.
- Zobacz, Yatagarasu… spójrz tam, do góry… Widzisz? On patrzy. On zawsze patrzy, a razem z nim i ja. Nie zapominaj o tym.
Czerwony Król szeptał do ucha ofiary, jednocześnie pogłębiając swoje pchnięcia, czyniąc je bardziej intensywnymi. Chwycił go obiema rękami za biodra, dociskając jego ciało jeszcze bliżej siebie. Misakiemu coraz bardziej kręciło się w głowie. Przerażony patrzył raz na swojego oprawcę, raz na tarczę księżyca, który zaglądał do baru przez małe okienko w dachu. Za którymś pchnięciem ciało rudzielca nie wytrzymało. Wrażliwa skóra pękła pod wpływem naporu, co sprawiło, że maluch zaczął krwawić. Mikoto głośno się roześmiał, kiedy to poczuł.
- Poczekaj jeszcze trochę, Yatagarasu. Nie wymiękaj mi tak szybko.
Jego głos odrobinę ochrypł, co świadczyło o tym, że było mu wyjątkowo dobrze. Sam nie wiedział dlaczego, w końcu nie był w takim stanie już dawno. Sapnął cicho i splunął chłopakowi w twarz.
- Daj mi chociaż dojść.
Mruknął tak jakby z wyrzutem, przyspieszając swoje ruchy. Misaki ponownie tego wieczoru znalazł się na granicy omdlenia. Już prawie nie odczuwał bólu, jedynie kręciło mu się w głowie. Ach, gdyby udało mu się teraz zasnąć i nigdy więcej nie obudzić! Czerwony Król jednak nie zamierzał mu na to pozwolić. W pewnym momencie wyszedł z chłopaka i wziął swojego członka w palce. Poruszał ręką dość gwałtownie, co sprawiło, że szybko doszedł na jego twarzy i klatce piersiowej. Zarówno jeden, jak i drugi odetchnęli z ulgą. Mikoto ledwo zdążył się pozapinać, kiedy do baru wszedł Saruhiko Fushimi we własnej osobie. Miał lekko zaczerwienione policzki, a w oczach pozostał ślad po mgiełce pożądania. Za to jego płaszcz był w czymś ubrudzony… Czerwony Król roześmiał się na ten widok, jednak policjant nie zamierzał na to reagować. Podszedł do skrępowanego rudzielca, uwolnił go, przerzucił sobie przez ramię i najzwyczajniej w świecie wyszedł, nie zaszczycając nikogo spojrzeniem. Skierował się od razu do swojego domu, w którym to starannie wykąpał i opatrzył poranionego chłopaka.
- Już dobrze, Ya— Misaki. Ci ludzie już nigdy nie zrobią ci krzywdy.
Mówiąc to, założył mu jedną ze swoich koszul. Niestety nie miał niczego w mniejszym rozmiarze, więc rękawy były trochę za długie.
- A-ale…
Yatagarasu był wstrząśnięty nagłą zmianą sytuacji. Był przekonany, że podczas ich ostatniego spotkania zraził do siebie policjanta i, że już nigdy więcej go nie zobaczy. A tu taka niespodzianka!
- Pan nie rozumie… On… on już zawsze będzie na mnie patrzył.
- Nie przejmuj się tym. Zamieszkasz ze mną, a tutaj na pewno cię nie znajdzie.
- Nie, proszę pana… On widzi… Zawsze widzi… Księżyc znajdzie mnie wszędzie.
- Znowu ten księżyc? Może powiesz mi w końcu o co z nim chodzi?!
Misaki westchnął cicho, nie wiedząc czy może to zrobić. Jednak bał się, że jeśli ponownie mu odmówi, sytuacja z alejki się powtórzy.
- Księżyc to pan Mikoto.
Saruhiko ostatkiem sił powstrzymał się od wybuchnięcia śmiechem. Miał na tyle zdrowy rozsądek, żeby się domyśleć, że ta reakcja nie była odpowiednia w tej chwili.
- Mały… on sam ci to powiedział?
Rudzielec tylko skinął głową. Nagle dla policjanta wszystko stało się jasne. Nie widział bowiem prostszego wyjścia, jak wmawianie komuś kłamstw od małego. W ten sposób ofiara się wyuczy i będzie powstrzymywać przed ucieczką. Ale mimo tego mężczyzna nie rozumiał jeszcze wszystkiego. Dlaczego akurat ten chłopak? Dlaczego nie ktoś inny? I, na miłość boską, dlaczego ten cholerny księżyc?!
- A czy wiesz może czemu to Czerwony Król jest tym Księżycem?
- N-nie… Ale wiem, że jestem silnie związany z jego światłem.
Saruhiko kompletnie nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Jakim cudem zwyczajny chłopak był w stanie uwierzyć w bajeczki, które już na pierwszy rzut oka były wyssane prosto z palca? Przecież ludzie na co dzień nie mają z księżycem nic wspólnego….
- Nadal nie rozumiem…
Chłopak spojrzał na niego smutno. Już od samego początku zdał sobie sprawę z tego, że będzie musiał opowiedzieć policjantowi całą prawdę. Kiedy tylko zobaczył go w barze, czuł, że już niedługo odsłoni przed nim każdą swoją tajemnicę.
- Pomógł mi pan, dlatego pokażę panu, jak naprawdę wyglądam.
Policjant już naprawdę zgłupiał, słysząc jak Misaki zmienia temat (a przynajmniej zdawało mu się, że chłopak to zrobił). Jednak nie zdążył w jakikolwiek sposób zaprotestować, ponieważ rudzielec chwycił go za rękę i ignorując ból całego ciała, wyciągnął na dwór, prosto w ciemną noc. Prowadził Fushimiego prawie przez całą wyspę, docierając na miejsce, którego ten spodziewałby się ujrzeć jako ostatnie. Ku jego zaskoczeniu, znaleźli się na cmentarzu!
- Gdzieś tu musi być…
Mruknął rudzielec, chodząc między nagrobkami i ewidentnie czegoś szukając. W końcu zatrzymał się przed jednym z grobów, wskazując gestem ręki wyryty w marmurze napis: „Yatagarasu Misaki, zginął śmiercią tragiczną. Niech jego dusza spoczywa w spokoju”. I właśnie w tym momencie wszystko stało się jasne. Saruhiko przypomniał sobie, że przecież kilka lat temu jeden Yatagarasu był wśród ofiar akcji, którą policjant dowodził! To dlatego miał wrażenie, że skądś znał jego nazwisko! Jednak, mimo wszystko, to nie wyjaśniało wszystkich wątpliwości.
- Zabili mnie jakiś czas temu, jednak z nieznanych przyczyn moja dusza nie chciała opuścić ciała. Zostałem przeklęty i właśnie dlatego teraz…
Misaki przerwał, robiąc krok w stronę mężczyzny, dzięki czemu wyszedł z cienia. Czuł wyraźnie jak szybko w tej chwili biło mu serce. Bał się. Kiedy tylko chłopak wstąpił w światło księżyca, jego skóra zaczęła się zmieniać. Wyschła tak bardzo, że odpadała całymi płatami, ukazując kryjące się pod nią mięśnie i ścięgna. Te jednak zaczęły gnić, roztaczając wokół nieprzyjemny zapach, a i to szybko zniknęło, ukazując same kości. Białe, czyste i bez wątpienia ludzkie kości. Białą śmierć. Rudzielec skrzywił się z bólu, natychmiast cofając rękę do bezpiecznego cienia. Kiedy tylko to zrobił, tkanki niemalże automatycznie się odbudowały.
- Taki teraz jestem… W tamtej alejce bałem się podejść do światła, ponieważ byłem przekonany, że mój wygląd cię obrzydzi. W blasku księżyca to ciało obnaża całą prawdę o mojej osobie. Pan Mikoto powiedział, że właśnie on jest tym Księżycem, przy którym staję się prawdziwym sobą i dlatego nie mogę go opuścić.
Saruhiko był w szoku. Sam musiał przyznać, że gdyby ta cała scena nie odegrała się przed chwilą na jego oczach, w życiu by w to nie uwierzył. Jednak teraz wszystkie fragmenty dziwnej układanki w końcu ułożyły mu się w całość. Już wiedział co zrobić, żeby uchronić chłopaka przed dalszymi torturami. Policjant nawet nie zauważył, kiedy zaczęło mu na nim tak cholernie zależeć. Nie chciał krzywdy rudzielca, dlatego postanowił przemówić mu do rozsądku.
- Misaki… ja… myślę, że Czerwony Król cię oszukał. Wykorzystał twoją klątwę i od małego wpajał ci tę niemożliwą historyjkę tylko po to, żeby mieć cię pod kluczem.
Tym razem to Yatagarasu poczuł się zaskoczony. Nie trwało to jednak długo, ponieważ jego szok szybko zamienił się w czysty strach.
- N-nie! Nie wolno panu tak mówić… Księżyc jest na niebie… Księżyc widzi. Księżyc świeci. Księżyc będzie zły i mnie ukarze…
Młody mówił jak w amoku, dzięki czemu Saruhiko miał idealny dowód na to, że Mikoto zrobił mu dość skuteczne pranie mózgu. Ujął twarz przerażonego chłopaka w obie dłonie, po czym zmusił go, żeby spojrzał mu w oczy.
- Posłuchaj mnie teraz, bo powtórzę to tylko raz. Twojego Księżyca już nie ma. Jego moc wypaliła się w chwili, w której cię od Niego zabrałem. Jesteś teraz wolny, ponieważ bez ciebie zamienił się w proch, rozumiesz?
- W proch…?
- Tak, w proch. A jeśli potrzebujesz jakiegoś „bóstwa”, które będzie patrzeć na ciebie z góry, to pozwól, że ja nim zostanę. Będę twoim nowym Księżycem. Nigdy się nie wypalę, ponieważ nigdy nie zrobię ci krzywdy. W moim blasku będziesz piękny, a nie szkaradny. Bo ja cię właśnie takim widzę.
Te słowa wystarczyły, aby przekonać rudzielca do zmiany swojego „bóstwa”. Wyznanie Fushimiego poruszyło go tak bardzo, że aż popłakał się ze szczęścia. Już nikt go nie skrzywdzi – wiedział to. Przy policjancie był bezpieczny. Wręcz czuł, że na powrót stał się jednym z żywych. Uśmiechnął się na tyle szeroko, na ile pozwalały mu mięśnie twarzy, po czym delikatnie ucałował wargi swojego nowego Księżyca.
- Dobrze, Saru… Zostanę z tobą.
Następnego dnia, po nocy wyznań na cmentarzu, Fushimi udał się prosto do sklepu po deskorolkę dla swojego rudzielca. Po tygodniu mordęgi, znanej popularnie nauką, chłopak jeździł tak, że nikt na wyspie nie był w stanie mu dorównać. Tymczasem Czerwony Król od czasu do czasu pojawiał się na mieście w towarzystwie małej, białowłosej dziewczynki o czerwonych włosach i sukience tego samego koloru. Cóż… widocznie Mikoto miał słabość do dzieci z dziwnymi umiejętnościami… Ale to już zupełnie inna historia.

28 marca 2015

Lucky Guy [MidorimaxTakao]

Tytuł: Lucky Guy
Postacie: Midorima Shintarou / Takao Kazunari
Anime: Kuroko no Basket  Status: zakończone
Typ: miniaturka Gatunek: slash / POV
Ostrzeżenia: brak  Ilość słów: 542
A/N: Wszyscy doświadczamy teraz eboli z powodu KnB, więc pomyślałam sobie: czemu by tego nie wykorzystać? To moja pierwsza miniaturka, więc mam nadzieję, że za bardzo nie schrzaniłam. Miłego czytania~

Nigdy nie lubiłem koszykówki. Bo co w niej było takiego ciekawego? Ganianie za piłką z jednego końca boiska na drugie czy może spoceni kolesie, gotowi się o nią pozabijać? Moja niechęć do tej dyscypliny była dość sporawa, jednak wszystko się zmieniło z chwilą, kiedy spotkałem ciebie. Pierwszy raz zapadłeś mi w pamięci w dzień rozpoczęcia roku szkolnego. Stałeś wtedy na dachu naszego liceum, uporczywie ćwicząc kozłowanie. Pomyśleć, że w tamtej chwili pierwszym co mi przyszło do głowy, było coś w rodzaju: "Co za debil trenuje w takim miejscu... Jeszcze mu piłka spadnie i trafi kogoś w łeb!". Jednak się nie odezwałem. Wtedy nie miałem pojęcia dlaczego twoja osoba mnie tak zafascynowała. A później? Później było już tylko gorzej. Potrafiłem wszędzie za tobą chodzić, obserwowałem cię zarówno z daleka i z bliska, wiedziałem nawet jakie masz zwyczaje i przekonania. Często grzebałeś w telefonie, czytając swój horoskop. Byłeś bardzo przesądny i nawet takie drobiazgi jak znak zodiaku czy grupa krwi były dla ciebie istotne podczas nawiązywania nowych znajomości. Tak bardzo się wtedy bałem, że twój rak i mój strzelec nie będą razem współdziałać... W twoim życiu pojawiłem się dopiero w chwili, gdy dołączyłem do klubu koszykarskiego. Nie ważne jak bardzo nie przepadałem za tym sportem, byłem w stanie wytrzymać, jeśli to jedyny sposób, by się do ciebie zbliżyć. Jak się później okazało, nie byłem wcale taki zły. Chociaż moje ruchy i kondycja pozostawiały wiele do życzenia, nic nie mogło się równać z podaniami, które wykonywałem. Szybko stworzyliśmy duet i szybko się zaprzyjaźniliśmy. Obserwowanie cię na boisku szybko stało się dla mnie niesamowitym przeżyciem. Byłeś wtedy taki skupiony i pewny siebie... nikt cię nie mógł pokonać. Kiedy rzucałeś do kosza, przypominałeś lwa atakującego swoją ofiarę. W takich właśnie chwilach nie żałowałem, że zaangażowałem się w sport tak bardzo. Koszykówka nie była już dla mnie bezsensownym ganianiem za piłką czy spoconymi kolesiami z żądzą mordu w oczach. Nie... to ty byłeś moją koszykówką. Zdałem sobie z tego sprawę dopiero po kilku miesiącach. Powodem, dla którego tak silnie przyciągałeś mnie do siebie, była moja miłość. Pokochałem cię już tamtego dnia na dachu szkoły, a dzięki koszykówce wreszcie to zrozumiałem. Uwielbiam koszykówkę. To mój ulubiony sport. I nie ważne jak bardzo byłeś dla mnie chłodny i opryskliwy. Jak często traktowałeś mnie jak jakiegoś dzieciaka. Jak dużo razy mnie wykorzystywałeś i kazałeś wszędzie wozić. Ja i tak cię kocham. Kocham twoją irytację, gdy coś ci nie wychodzi. Kocham twoją pewność siebie, gdy rzucasz piłkę i odchodzisz, nie patrząc czy w ogóle wpadnie do kosza. Zawsze wpada. Kocham też twój wstyd, kiedy wpadasz na ścianę, zapominając włożyć okularów.
- Oi, Takao. Skończyłbyś wreszcie ten przesłodzony monolog? I tak w ogóle do kogo ty gadasz?!
Odwracam się w stronę, z której dobiega znajomy głos i z uśmiechem przyjmuję uderzenie w tył głowy. Naprawdę jesteś uroczy, kiedy się irytujesz.
- Shin-chan...
- Nandayo?
- C-co jest twoim szczęśliwym przedmiotem na dziś?
Z jakiegoś powodu zaczynam się denerwować, dlatego szybko odwracam wzrok, żeby nie widzieć jak próbujesz ukryć swój rumieniec. Po chwili smukłe palce chwytają za mój podbródek i unoszą go lekko do góry. Widzę twarz, zbliżającą się coraz bardziej oraz mgiełkę zawstydzenia w twoich zielonych oczach. Pocałunek, jakim mnie obdarowałeś był wyjątkowo ciepły.
- Chłopak.
Nie zastanawiając się ani chwili dłużej, rzucam się na twoją szyję, czując jak do moich oczu napływają gorące łzy.
- Shin-chan...

1 października 2014

In Spider's Web [ClaudexAlois]

Tytuł: In Spider's Web
Postacie: Alois Trancy / Claude Faustus
Anime: Kuroshitsuji II   Status: w toku
Typ: one-shot   Gatunek: smut / slash
Ostrzeżenia: scena seksu   Ilość słów: comming soon
A/N: Dawno mnie tu nie było... Ale wynagrodzę Wam.
Dokończę tego one-shota i zrealizuję kolejne plany.



Alois. Na pierwszy rzut oka zwykłe imię. Może je mieć każdy od małego chłopca, po dorosłego mężczyznę. Kiedy wpada w ucho, nie wydaje się szczególnie wyjątkowe. Ot takie zwyczajne, ludzkie imię. Jednak nie każdy Alois jest nim naprawdę. Młody panicz Trancy żył codziennie z cudzym imieniem, przylepionym do twarzy. Udało mu się oszukać wszystkich, ponieważ tak naprawdę nikt już nie pamięta, że pod tą maską skrywa się zwykłe dziecko o imieniu Jim Macken. Chociaż nie, wróć. Jima już nie ma. Zniknął z tego świata z chwilą, kiedy młody panicz wymazał go z pamięci. Od zawsze żył tylko i wyłącznie słynny hrabia Alois Trancy! Tak różny, od tamtego nieudacznika!  Sprytniejszy od niego! Silniejszy! Tak więc niech Was te dwie postacie nie zmylą - jest między nimi zasadnicza różnica.
***
Alois obudził się w samym środku nocy, wyrwany z głębokiego snu przez koszmar. Znowu. Znowu ten sam sen! Nawiedzał go już od kilku miesięcy i z dziwnego powodu nie chciał przestać. To był jeden z tych rodzajów koszmarów, z których człowiek budzi się z wrzaskiem. Jednak teraz młody panicz leżał cicho i nieruchomo, wlepiając duże oczy w rzeźbione sklepienie sufitu. Nie wiadomo czemu zareagował inaczej niż zwykle, prawdopodobnie nawet on nie wiedział co ustanowiło ten wyjątek. Dookoła było ciemno. Chociaż nie... "ciemno" to za słabe słowo, aby opisać otaczający go mrok. Niektórzy powiedzieliby, że to nie była zwykła ciemność, ale "ciemność do potęgi". Jednak takie stwierdzenie wydaje się dość dziwne dla panicza, toteż jak najszybciej wylatuje mu z głowy. Tak właściwie dlaczego nic nie widzi? Przecież Claude zostawił mu wieczorem świecznik przy łóżku. Zerknął w prawo i zauważył zgaszone świece. No tak... pewnie podmuch wiatru je zgasił. Ale wracając do tematu... O czym to tak młody hrabia rozmyślał? A o swoim śnie. Kolejny raz w jego marach nocnych pojawił się wielki pająk, który pożera niebieskiego motyla. Może z innej perspektywy taka rzecz nie wydaje się szczególnie straszna, jednak w przypadku Aloisa stanowiło najgorszy koszmar dla jego rozerwanych skrzydeł. 
Mimo, że nie zawsze zachowywał się zgodnie ze swoim wiekiem, to i tak był w końcu jeszcze dzieckiem. Dlatego normalne było to,  że po ponownym odtworzeniu całego snu w głowie, zaczął płakać że strachu. W tej chwili cała wcześniejsza obawa o brak reakcji Aloisa poszła wąchać kwiatki od spodu. Jednak na łzach się nie skończyło. Po chwili po korytarzach poniósł się przeraźliwy krzyk, który oznajmił całej posiadłości (a kto wie czy nawet i nie tej niewielkiej części lasu, znajdującej się za nią), że panicz rodu Trancy już nie śpi. Zdawało się, że krzyki będą trwać w nieskończoność i w momencie, w którym każdy to sobie uświadomił... nagle ustały. Alois usiadł po turecku na łóżku, zastanawiając się czemu jeszcze nikt nie przyszedł zobaczyć jak bardzo cierpi. Czyżby nawet służba nie miała ochoty przebywać w jednym pokoju z tym rozkapryszonym dzieciakiem? Jednak był ktoś taki, kto nie miał wyboru. Ktoś, kto musiał towarzyszyć młodemu hrabi w każdej chwili jego życia. Claude Faustus. Demon. Lokaj odziany w czerń. Cholerny perfekcjonista z dziwnymi upodobaniami. Łączył go z paniczem pewien pakt i pewnie właśnie dlatego wchodził teraz po schodach po to, by za chwilę zapukać do sypialni Aloisa.
- Wejść.
Lokaj otworzył drzwi, gdy otrzymał pozwolenie.

cdn.

13 stycznia 2014

Wszystko, czego sobie zażyczy... 2 [SebastianxGrell]


Tytuł: Wszystko, czego sobie zażyczy...
Postacie: Grell Sutcliff / Sebastian Michaelis
Anime: Kuroshitsuji   Status: zakończone
Typ: partówka 2/2   Gatunek: smut / slash
Ostrzeżenia: scena seksu   Ilość słów: 1903
A/N: To ff miało zbyt dużo części jak na partówkę. 
I były strasznie krótkie. Dlatego skleiłam wszystko 
do dwóch rozdziałów.


Były takie dni, kiedy jego cierpliwość sięgała już zenitu. Herbatka za gorąca, zupa za słona, gazeta nie tak złożona, sznurówki źle zawiązane.... Sebastian słyszał te bezpodstawne oskarżenia już tyle razy... Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że wszystko przygotował nienagannie bez najmniejszego błędu. Był również świadomy tego, że to panicz próbował wyprowadzić go z równowagi. Zaskakujące... Mimo, iż Ciel nigdy w życiu by się do tego nie przyznał, między nim a Aloisem dało się zauważyć pewne podobieństwo. Zwłaszcza jeśli chodzi o stosunek względem swoich kamerdynerów. Co prawda jego panicz nie był tak opryskliwy i dziecinny jak tamten smarkacz, ale w jakimś stopniu próbował wyprowadzić go z równowagi na bardzo podobnych zasadach. Owszem. Były takie dni, kiedy Sebastian miał wrażenie, że już więcej nie wytrzyma wśród śmiertelników. Jednak dzisiejszy wieczór na statku miał to wszystko nadpisać - na dodatek piórem z czerwonym atramentem. Mimo wszystko lokaj postanowił zwyczajnie o tym nie myśleć. A skoro i tak przypuszczał, że to kobieto-podobne-coś spędzi sporo czasu na właściwym "przyszykowaniu się na tę wyjątkową okazję" postanowił, że on, jako przykład idealnego lokaja, zdąży zanieść swojemu paniczowi nieszczęsną filiżankę herbaty. Do kajuty Ciela zapukał punktualnie o szesnastej. Oczywiście wszedł dopiero po tym, jak usłyszał ciche, może nawet nieco znudzone "wejść". Lokaj posłusznie wykonał rozkaz, uchylając drzwi i wchodząc w głąb pomieszczenia.
- Paniczu, przyniosłem her---
- Ma być zadowolony, jasne? Nie chcę mieć później tego natręta na karku.
Młody hrabia przerwał mężczyźnie w połowie zdania.
- Oczywiście, mój panie. 
Odpowiedział Sebastian, stawiając filiżankę z herbatą na biurku. Cóż... widocznie Ciel już o wszystkim wiedział. I w sumie to nawet nie dziwne, ponieważ zaledwie chwilę temu shinigami latał podniecony po całym statku i jak czerwony cyklon obwieszczał wszystkim pasażerom (nie ważne na kogo trafił), że dzisiaj "jego miłość zostanie przypieczętowana w uścisku pełnym pasji". Panicz wziął filiżankę i delikatnie dmuchnął w złotawy płyn. Wyprosił lokaja gestem dłoni, po czym całą swoją uwagę skupił na aromacie earl grey'a. Natomiast biedny Sebastian odszedł jak niepyszny, odniósł tacę do kuchni i, chcąc mieć to jak najszybciej za sobą, pojawił się przed drzwiami kajuty, w której zadomowiło się to czerwone dziwadło.
- Będzie zadowolony, paniczu...
Wysyczał dźwięcznie z podejrzanym uśmieszkiem, po czym położył dłoń na chłodnej klamce.
- Cholernie zadowolony...
Sebastian już miał wejść do środka, gdy nagle przypomniał sobie, że jest coś, co nie będzie dawało mu spokoju i przez co nie będzie mógł się skupić na wykonaniu rozkazu. A mianowicie kuchnia. I  to nie jakaś tam zwykła kuchnia..... bo niewysprzątana! Tak więc zamiast pójść od razu do kajuty czerwonego, lokaj najpierw wstąpił do owej kuchni, zamierzając zrobić wszystko jak należy. Był w końcu piekielnie dobrym lokajem, który na pewno nie pozwoli takiemu ważnemu pomieszczeniu na obrastanie w brudzie! Grell będzie musiał trochę poczekać, ale demon jakoś zbytnio się tym nie przejął. Tak więc w milczeniu pozmywał naczynia, pochował je do odpowiednich szafek, wypolerował sztućce i wytarł wszystkie blaty. Dopiero gdy można było wręcz jeść z podłogi, zdecydował się wykonać jakże niewygodny dla niego rozkaz. Nie minęło pięciu minut, a Sebastian był już na miejscu. Nie trudził się z pukaniem, taki szkodnik w końcu na to nie zasługiwał. Oczywiście poskutkowało to odpowiednią reakcją Grella:
- Ej, ty oziębły!  Ja jestem DAMĄ! Dżentelmen puka, zanim wejdzie do pokoju damy! Niegrzeczny chłopiec z cie-bie!
Zaświergolił i delikatnie się zarumienił. Sebastian westchnął cicho pod nosem, po czym zamknał drzwi od kajuty na klucz.
- Nie mów mi, że nagle zrobiła się z ciebie taka cnotka.
Zakpił, a w odpowiedzi dostał kolejną falę przesłodzonego chichotu.
- Widzisz, Sebastianku, niektóre damy wiedzą jak się zabawić, ale mimo wszystko pragną prywatności, by zaskoczyć swoich mężczyzn.
Mówiąc to, shinigami wyplątał się spod kołdry, w którą był wcześniej opatulony i podszedł do demona... może trochę bliżej niż należało. Towarzyszył mu przy tym stukot obcasów. Lokaj zlustrował go od stóp do głowy. Okazało się, że to coś wbiło się w czerwony gorset, kabaretki, również czerwoną spódniczkę i wysokie, około piętnasto-centymetrowe, szpilki. Obok niego leżała pusta torba, z którą to się przedtem obnosił. No i wszystko jasne.  Sebastian prychnął na ten widok. Co on niby chciał zyskać tym strojem? Liczył, że to zadziała na kogoś takiego jak Sebastian? Na demona?! Żałosne. Typowo ludzki, żałosny tok myślenia.
- Obserwujesz mnie...
Wyszeptał zmysłowo czerwonowłosy, podchodząc do niego powoli.
- To tylko czysta formalność, nie wyobrażaj sobie.
Odpowiedział chłodno demon, po czym zdjął rękawiczki. Oczywiście zębami, inaczej przecież tego nie robił. A Grell? Grell zareagował jak zwykle - silnym krwotokiem z nosa. Sebastian uśmiechnął się kpiąco i przyciągnął żniwiarza do siebie, zlizując krew z jego twarzy. Tymczasem shinigami poczuł, że robi mu się twardo... Nie mógł uwierzyć, że to naprawdę się stanie. Wpatrywał się w Sebastiana z niemalże nabożną czcią odkąd pamiętał, a takie sytuacje jak ta mogły się wydarzyć tylko i wyłącznie w jego snach. Tym razem sen się ziści. Marzenie stanie się rzeczywistością. Aach! Już nie mógł się doczekać! I gdyby to od niego zależało, wziąłby lokaja nawet tu, na podłodze. Jednak chciał w pełni oddać się demonowi, a jego ciekawość była silniejsza niż wszystkie pierwotne instynkty. Grell po prostu marzył o tym, aby to Sebastian przejął pałeczkę i dominował podczas tej nocy. Czuł dokładnie palący wzrok czarnowłosego, starał się zapamiętać każdy jego dotyk. I w tej właśnie chwili był wdzięczny za swoje częste krwawienie z nosa. Bliskość demona oddziaływała na shinigamiego tak silnie, że miał wrażenie, że zaraz nie wytrzyma. Jednak nie chciał nic robić, bo to oznaczałoby koniec tej cudownej zabawy. A Sebastian? Sebastian pragnął tylko jednego - skończyć tą bezsensowną grę. Chyba nigdy nie spotkał kogoś równie irytującego co Grell. A pragnę przypomnieć, że demon żył już całkiem dużo czasu. Każda rzecz, która w jakiś sposób kojarzyła mu się ze żniwiarzem doszczętnie go obrzydzała. Tak więc łatwo się domyśleć, że ta noc nie będzie należała do najprzyjemniejszych... szczególnie dla niego. Ale cóż poradzić - był demonem i już nie raz miał takiego typu rozkazy do wykonania. Jednak teraz było to coś zupełnie innego, coś--
- Podniecasz mnie...
Zmysłowy szept Grella wyrwał lokaja z zamyśleń. Czerwonowłosy uśmiechał się znacząco, bez skrępowania penetrując mężczyznę wzrokiem.
- Tak, zauważyłem.
Odparł chłodno zniesmaczony demon, na co w odpowiedzi dostał kolejny drażniący uszy, przesłodzony chichot.
- Więc... prawdziwy mężczyzna nie pozwoliłby damie cierpieć i zrobił coś z tym, prawda Sebastianku?
- Owszem, ale ty nie jesteś damą.
Rzucił najchłodniej jak się dało.
- Bardziej porównałbym cię do ladacznicy.
- Aach, skąd wiedziałeś, Sebastianku?! A z resztą.. po co ja się pytam, przecież zawsze byłeś taki mądry!
Sebastiana zmroziło, jednak nie dał tego po sobie poznać. Przy tym czerwonym zboczeńcu naprawdę nie można niczego powiedzieć! Widok Grella, dorabiającego sobie na boku, przyprawił go o mdłości. Ale nie na to teraz była pora. Czas przejść do rzeczy. Lokaj bez słowa wziął czerwonego na ręce i bezceremonialnie rzucił go na łóżko.
- Ty brutalu...!
Sapnął tamten, nakręcając się jeszcze bardziej. Nie odpowiadając ani słowem, Sebastian zdjął z niego spódnice, gorset oraz bieliznę, pozostawiając jedynie szpilki i kabaretki, na co shinigami widocznie się zarumienił. Z  lodowatą miną lokaj wziął wstążkę w czerwono-białe paski, należącą do Grella i przywiązał nią właścicielowi ręce nad głową, przez co ten nie mógł nic zrobić. Zarówno węzeł, jak i rama łóżka były na tyle mocne, że żniwiarz miał naprawdę ograniczone ruchy. Lokaj zaczął błądzić palcem w okolicach klatki piersiowej Grella, ale najwidoczniej szybko mu się to znudziło, ponieważ po chwili zastąpił palec swoim językiem. Wodził nim wokół jednego sutka mężczyzny, by po chwile przenieść się nieco niżej i zataczać kółka wokół jego pępka. Towarzyszyły temu krótkie, urywane jęki dopieszczanego. Sebastian zszedł językiem jeszcze niżej, w końcu docierając do męskości czerwonowłosego. Gdy to się stało, Grell krzyknął, otwierając szeroko oczy. Już teraz czuł się jak w niebie, a przecież to dopiero początek. Demon albo bardzo dobrze tłumił wszelkie emocje, albo najzwyczajniej nie czuł nic. Trudno to było określić. W tej chwili pieścił męskość shinigamiego, wodząc językiem po całej długości. Jęki, które słyszał w pewien sposób na niego oddziaływały. Po chwili bawił się chwile główką, zasysając ją delikatnie, ale i ta czynność szybko została zastąpiona przez przyjęcie całego członka do ust. Grell krzyczał tak głośno jak potrafił, dlatego Sebastian nagle wstał bez słowa, zwinął czerwoną torbę w kulkę i bezceremonialnie wepchnął mu do ust.
- Jeszcze cię ktoś usłyszy.
Wytłumaczył się, po czym nie wrócił do łóżka, ale podszedł do drzwi, przy których leżała srebrna taca. Kiedy ją tu przyniósł? Kiedy zdążył ją tam położyć? Cóż... to już była tajemnica demona. Nie minęło kilku minut, a lokaj wracał do "kochanka" z niedużą miseczką wcześniej przygotowywanej czekolady.
- Przez ciebie już i tak do niczego się nie nada.
Powiedział, maczając dwa palce w misce. Wolną ręką obrócił Grella na brzuch, nie dbając o taki szczegół jak delikatność czy zaciskające się węzły. Lekko uniósł jego biodra do góry i rozsmarował czekoladę na jego wejściu. Shinigami cały się spiął. Powstrzymując łzy wydał z siebie krzyk, który został zagłuszony przez torbę. Demon, czekając aż czekolada zaschnie, wspiął się plecach żniwiarza i cicho wyszeptał mu do ucha:
- Witaj w piekle...
Nikt nie powiedział, że Sebastian też nie może wziąć korzyści z tej sytuacji. Z tą myślą w głowie wgryzł się mocno w szyję Grella. Chociaż nie chciał już żyć tak jak dawniej, pochłaniając jedną duszę za drugą, nie miał nic przeciwko małym przyjemnością. Nie wypił dużo - tylko tyle, ile potrzebował. W końcu i tak zrobił coś, co znacznie wykraczało poza dany mu rozkaz. Miał się odpowiednio zająć Grellem, a nie wykorzystać go do spełnienia własnych potrzeb. Tak więc demon powtórnie skupił się na swoim "kochanku". Zaczął powoli zlizywać czekoladę, przez co shinigami, poruszony wieloma doznaniami, czuł, że lada chwila nie wytrzyma.
- Nie dochodź.
Warknął Sebastian, gdy zauważył w jakim stanie jest jego partner. Grell pisnął cicho, po czym strasznie się spiął, usiłując spełnić rozkaz demona. A warto dodać, że było to dla niego niemałym wysiłkiem, ponieważ dotyk i pieszczoty lokaja rozpalały ciało i pobudzały każdą jego komórkę. Sebastian niezbyt delikatnie odwrócił czerwonego przodem do siebie, po czym zsunął swoje spodnie i wszedł w niego bez ostrzeżenia. Nie czekał aż żniwiarz się przyzwyczai. O nie, to nie było w jego naturze. Demon od razu zaczął się poruszać, wchodząc w niego głęboko, do samego końca. Grella przeszył kujący ból, jednak w dalszym ciągu jego krzyki zagłuszała torba, którą zdążył mocno obślinić. Musiało trochę potrwać zanim się przyzwyczaił, jednak gdy to nastąpiło, zagłuszany krzyk zamienił się w pełne zadowolenia sapnięcia i westchnienia. Jęczeć niestety nie mógł. Doszli oboje w tym samym momencie z tą różnicą, że Sebastian zrobił to we wnętrzu "kochanka", a Grell...
- Ubrudziłeś się...
Powiedział demon z niesmakiem, po czym przejechał językiem po brzuchu czerwonowłosego. Wyjął Grellowi torbę z ust i wpił się w jego usta, dzieląc się z nim lepką substancją. Żniwiarz nareszcie mógł wydać z siebie coś więcej niż zagłuszane krzyki i urywane sapnięcia, jednak pierwsze co zrobił, to odwzajemnił pocałunek, mrucząc jak rasowy kot. Sebastian nie chciał dawać mu tej przyjemności zbyt dużo. Bez cienia wykończenia na twarzy wstał, poprawił ubranie i wyszedł, zabierając ze sobą tacę. Nareszcie miał wszystko z głowy. Tymczasem Grell leżał na łóżku, dysząc ciężko z rozanieloną miną. Dostał kolejnego krwotoku z nosa, ale nawet się tym nie przejął. Myślami był kilka minut wstecz. To było takie niesamowite!
- Cu-dow-ny...
"Ojj... czekaj na mnie jutro, Sebastianku. Obiecuję ci powtórkę z rozrywki!" - przemknęło mu przez myśl zanim zasnął.

23 maja 2013

Wszystko, czego sobie zażyczy [SebastianxGrell]


Tytuł: Wszystko, czego sobie zażyczy...
Postacie: Grell Sutcliff / Sebastian Michaelis
Anime: Kuroshitsuji   Status: w toku
Typ: partówka 1/2   Gatunek: smut / slash
Ostrzeżenia: w tej części brak   Ilość słów: 1532
A/N: Cóż mogę powiedzieć... moje pierwsze dziecko. 
Liczę na to, że Wam się spodoba.
Był środek zimy, jednak mimo tego słońce potrafiło dać o sobie znać, ogrzewając swoimi promieniami wszystkich pasażerów statku 'Utopia'. Sebastian szedł pokładem, podążając w stronę kajuty panicza Ciela Phantomhive'a. Niósł tacę z bardzo ważną wiadomością pod pokrywą i chociaż twarz miał spokojną, pozbawioną żadnych emocji, to jednak w rzeczywistości był targany emocjami. Czego ONA tym razem chciała od panicza? Jakie będą mieli zadanie? Jak panicz zareaguje? Na pewno nie będzie skakał z radości. Dopiero przecież wracali z jednej wyprawy, a przez ten jeden kawałek papieru będą musieli zmieniać kurs i wracać z powrotem do Londynu. Lokaj doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że młody hrabia niezbyt przepada za tymi wezwaniami, jednak jeśli ONA tego chciała, to tak niestety musiało być. W końcu obowiązek służenia JEJ był dziedziczony przez głowę rodu Phantomhive z pokolenia na pokolenie.
Sebastian odetchnął i delikatnie zapukał do drzwi kajuty panicza, nie ośmielając się wchodzić bez pozwolenia. Takie coś w końcu nie przystoi komuś o jego pozycji. Gdy zza drzwi rozległo się ciche 'wejść', czarnowłosy pchnął drzwi i przestąpił prób chwilowego królestwa hrabiego.
- Co tym razem, Sebastianie?
Rozległo się gdzieś z fotela, który stał tyłem do wejścia. Nie czekając na odpowiedź, fotel obrócił się przodem do lokaja, przedstawiając dumnie siedzącego młodego spadkobierce rodu Phantomhive. Czarnowłosy w odpowiedzi zdjął pokrywę z tacy i wręczył Cielowi list z czerwoną, królewską pieczęcią. Młody hrabia popatrzył na kopertę z niechęcią, wziął do ręki niewielki nożyk i przełamał pieczęć. Kilka minut później jego oczy dokładnie śledziły po starannie wykaligrafowanych, dużych literach. Gdy się na nie patrzyło, swoją dostojnością i pięknem sprawiały wrażenie, jakby to nie człowiek pisał list, ale anioł delikatnie sunął po papierze białym piórem wyrwanym z własnych skrzydeł. Ciel nawet nie zdawał sobie sprawy z tego jak celne było jego skojarzenie.
Hrabia przeczytał wiadomość jeszcze kilka razy, dla pewności, że na pewno wszystko dobrze zrozumiał, po czym włożył pergamin z powrotem do koperty i przeniósł wzrok na przyodzianego w czerń lokaja.
- Sebastianie, każ kapitanowi zmienić kurs. Gdy już to zrobisz, wracaj do podwieczorku. Trochę zgłodniałem.
Rozkazał.
- Yes, my lord.
Lokaj ukłonił się lekko i wyszedł z kajuty, trzymając tacę pod pachą. I znowu targały nim nierozpoznawalne emocje. Panicz nie był zadowolony, to było widać. Już mieli wracać do jego ukochanej posiadłości, gdy ONA ponownie zagania go pod swoje skrzydła, prosto do tego zakurzonego miasta. Jednak nie mieli wyboru, musieli wypełnić JEJ wole. 
***
Dwadzieścia minut później, gdy statek płynął już w odwrotnym kierunku, Sebastian stał przy kuchence w pokładowej kuchni i delikatnie mieszał czekoladę na pudding. Cały czas prześladowało go dziwne uczucie, że coś ma się tutaj stać. Coś, co jemu niekoniecznie się spodoba. Ach, ta intuicja demona!
Jednak, jak się po chwili okazało, owa intuicja nie zawiodła go i tym razem. Gdy stawiał rondel z wymieszaną czekoladą na gazie, za jego plecami rozległo się znajome:
- Och, Sebastianku! Tu mi się schowałeś!
Lokaj odwrócił się niechętnie, dobrze wiedząc kogo przed sobą zobaczy. Gdy się odwracał, zobaczył jak czerwonowłosa postać, zręcznie niczym kot, wślizguje się do kuchni przez wąski bulaj.
- Co ty tu robisz?
Zapytał kamerdyner, wbijając w niego swoje chłodne spojrzenie.
-  Jak to co? Stęskniłem się za t-o-b-ą, mój kochany Sebastianku!
Zaświergolił Grell, stając pewnie na pokładzie. Sebastiana dosłownie zbiło z tropu. Nie miał teraz czasu na użeranie się z tym męczącym... czymś. Musiał pilnować czekolady, aby się przypadkiem nie przypaliła. Gdyby to się stało, nie mógłby nazywać siebie kamerdynerem rodziny Phantomhive. 
- Poza tym nie spłaciłeś jeszcze swojego długu za ochronę tego dzieciaka.
Ciągnął dalej czerwonowłosy, nawijając na paluszek kosmyki swoich loków.
- Długu?
Sebastian spojrzał na niego krzywo, nie za bardzo rozumiejąc o co mu chodzi.
- No tak, długu. Wiem, że umawialiśmy się na pocałunek z języczkiem, ale ostatnio pozwoliłem sobie nieco zmienić kryteria.
Lokaj westchnął przeciągle, spodziewając się najgorszego. Cóż... panicz faktycznie obiecał temu natrętowi jeden dzień ze swoim lokajem. A zatem nie miał wyboru. Szkoda tylko, że ten tam nie wybrał sobie chwili, kiedy jeszcze czekolada nie buzowała na gazie. Czarnowłosy spojrzał na shinigami'ego, a w oczach miał niechętne: "mów, czego chcesz". Grell rozejrzał się po pomieszczeniu, a gdy dostrzegł rondel z parującą, brązową zawartością, uśmiechnął się znacząco pod nosem.
- Czekolady.
Odpowiedział, czubkiem głowy wskazując na rondel. 
- To weź łyżkę i nabierz sobie trochę.
Sebastian przewrócił oczami tak, jakby to było oczywiste. Grell zachichotał słodko.
- Nie... nie zrozumiałeś mnie dobrze, mój niezdarny Sebastianku. Ja chcę tej czekolady od c-i-e-b-i-e!
Sebastian westchnął już któryś raz z kolei i zdjął zębami rękawiczki, tymczasem czerwonowłosemu na ten widok omal nie poleciała krew z nosa. Lokaj podszedł do rondelka, zamoczył dwa palce w gorącej czekoladzie i zaczął powoli iść w stronę Grella. Ten z kolei nie chciał tak łatwo pójść na ugodę, ponieważ gdy tylko czarnowłosy się do niego zbliżył, czmychnął mu sprzed nosa i zaczął uciekać, chichocząc jak mała dziewczynka. Gdy przebiegał koło lady, niechcący, albo chcący, strącił rząd garnków, który na niej stał. Niezbyt się przejął hałasem, jaki narobił. Miał gdzieś także to, że ktoś może ich usłyszeć. W końcu to była jego chwila i nikt nie miał prawa im przeszkadzać. W końcu shinigami postanowił dać fory demonowi i w rezultacie usiadł na stole kuchennym.
- No chodź tu do mnie, skoro i tak nie potrafisz mnie złapać.
Powiedział nieco podwyższonym głosem i wpatrzył się w lokaja z wyczekiwaniem w oczach. Sebastian podszedł do niego, a czekolada na jego palcach powoli zaczęła ostygać i twardnieć. Chcąc mieć to już jak najszybciej za sobą, delikatnie włożył czerwonowłosemu do buzi swoje palce. Grell zaczął łapczywie zlizywać czekoladę prosto od demona, raniąc go przy okazji ostrymi zębami, co z kolei poskutkowało tym, że czekolada pomieszała się ze smakiem krwi lokaja. Na taki obrót akcji nie był przygotowany i aż jęknął, gdy poczuł na języku znajomy, metaliczny smak. Chwilę później Sebastian wycierał swoje palce białą ścierką do naczyń, starając się nie myśleć o tym na co przed chwilą się zgodził.
- Skoro już zrobiłem co chcesz, nie obrażę się, jeśli w tej chwili się ulotnisz.
Powiedział, nie patrząc na niego. Tymczasem zielono-żółte oczy świdrowały go z niebezpiecznym błyskiem.
- Ależ Sebastianku, co z ciebie za okrutnik! Nie możesz mnie teraz zostawić w takim stanie.
- Jakim stanie?
Zapytał lokaj z dziwnym podejrzeniem, które wrzynało się w niego gdzieś od środka. Shinigami wskazał palcem dość spore wybrzuszenie w swoich spodniach, na co Sebastian w tej chwili miał dziką ochotę, aby przywalić mu wiszącą nieopodal patelnią. "No to się doigrałem..." - przemknęło mu przez myśl. No cóż... był zmuszony do najgorszego. Jednak liczył na to, że gdy zrobi to raz, a dobrze, czerwonowłosy wreszcie się odczepi. A może wręcz przeciwnie...? Jeśli mu się spodoba, będzie żądał więcej. Więc może lokaj ma grać beznadziejnie? Nie... W tym przypadku Grell na pewno będzie czuł niedosyt, a wtedy już nigdy się od niego nie odczepi. I tak źle i tak niedobrze. Więc tak czy inaczej musiał to zrobić. Przynajmniej nie będzie miał nic na sumieniu, a panicz zdobędzie satysfakcję z wywiązania się z obietnicy. A jeśli już o Ciela chodzi... Sebastian powoli zaczął podejrzewać, że młody hrabia mógł to zrobić specjalnie. Widział jak czerwonowłosy się zaleca i postanowił zagrać na cierpliwości swojego lokaja. Cały panicz. Potrafił bardzo dosadnie grać na słabościach innych. Lokaj uśmiechnął się lekko pod nosem. Bardzo dobrze. Właśnie taką duszę chciał spożyć. Ale wracając do tematu. Sfrustrowany Sebastian, chcąc mieć to jak najszybciej za sobą, zdjął Grella z blatu kuchennego i postawił go przed sobą. Oczywiście u czerwonowłosego zawtórowało to głębokim rumieńcem, ponieważ lokaj uchwycił go w pasie. 
- Nie tutaj. 
Chłodny głos Sebastiana przeszył każdy centymetr ciała shinigami'ego. Ten spojrzał na niego ze znakiem zapytania w oczach, na co lokaj odpowiedział ciężkim westchnieniem.
- Nie w kuchni. To niehigieniczne.
Odpowiedział dosadniej, tak by tamten w końcu zrozumiał o co mu chodziło.
- Oh, Sebastianku! Zawsze musisz być taki poprawny!
Zaszczebiotał Grell, wieszając mu się na szyi. Tymczasem lokaj starał się nie myśleć o tym wszystkim, co go dzisiaj czeka. W tej chwili chętnie udusiłby zarówno Grella, jak i Ciela nie zważając na konsekwencje tego czynu. Jednak dusza panicza była dla niego zbyt cenna. Dusza przesiąknięta chęcią zemsty u tak młodego dzieciaka. Coś niezwykłego. Pewien rodzaj osobistego... rarytasu.
- A więc kajuta obok będzie w s-a-m  r-a-z. Teraz ty pochodź sobie po pokładzie, trochę pośpiewaj, porób co tam sobie tylko chcesz. Odstresuj się, nie chcę mieć w końcu zestresowanego Sebastianka. Zrób nawet już tą swoją żałosną herbatkę, a ja pójdę w umówione miejsce i dobrze się przygotuję.
Powiedział czerwonowłosy z dość podejrzanym uśmieszkiem, jednocześnie sprowadzając zamyślonego lokaja na ziemię. I dopiero wtedy Sebastian zauważył, że to dziwadło przytargało ze sobą jakąś czerwoną torbę. Intuicja mu podpowiadała, że chyba niestety niedługo zapozna się z jej zawartością. Tego już lokaj wolałby uniknąć, ale cóż... Westchnął ciężko i obdarzył Grella tym spojrzeniem, od którego ten dostaje zawsze drgawek na całym ciele.
- Idź. 
Powiedział beznamiętnie. Ledwo się powstrzymał, aby nie dodać 'i nie wracaj', jednak niestety nie miał prawa tego powiedzieć. Gdyby tylko chciał, mógłby rozprawić się z tym szkodnikiem jednym skinieniem palca, ale na jego nieszczęście, umowa między paniczem a shinigami'm go nieco ograniczała.
- Czekaj na mnie, słoneczko ty moje!
Grell, cały w skowronkach, wyleciał z pokładowej kuchni i w podskokach powędrował do kabiny obok niedbale ciągnąc za sobą tajemniczą torbę. Już się nie mógł doczekać! A tymczasem biedny Sebastian zajął się nieszczęsną herbatą dla hrabiego.